Łatwo było winy i żale zrzucić na karby drugiej osoby. Szczególnie takiej, która zdobywała uśmiechy ludzi, na których nam zależy. Och, jak łatwo było wpaść w pułapkę sideł własnej wielkości! Tam, na samej górze, na tym tronie z ciężkich metali, nic nie wydawało się być zagrożeniem. Wszystko było małe, a sprawy, gdy rosły, wystarczyło je miażdżyć pod własnym butem. Nie, nic nie jest wystarczająco istotne, gdy nosisz koronę. Laurent jednak zgadzał się z Florence - prawdziwy władca wcale jej nie potrzebował. Skończyła się era rycerzy i królów. Nadal mieli królową w ramach rządów mugolskich, ale to był zaledwie tytuł, naleciałość dawnych lat. Młode pokolenie, które teraz wyrastało, zdawało się mieć inny pomysł i pogląd na życie od ich rodzicieli. To dobrze. Wymagało jedynie walki i odpowiedniej zacietrzewiałości, żeby przetrwać wszystkie kłody rzucane pod nogi.
- Zawsze się czuję przez ciebie mile widziany. Ale ten dom nie jest mój. To spadek krwi twojej i Aydayi. Mojej siostry. Zawsze nim będzie. - Nie ważne, jak bardzo słodkie słowa mogły przepłynąć nazbieranych wrażeń już nie dało się zetrzeć. Nigdy nie mów nigdy... więc może tak, może się dało. Wymagało to pracy i siły, której Laurent nie miał i nie chciał nawet się za to zabierać. Bo nawet jeśli Edward teraz tak mówi, to zaraz znowu się pokłócą. Albo wróci Aydaya i zrobi się jeszcze bardziej nieprzyjemnie. Spojrzał na skrzata, który zajął się jego walizką i powoli, oszczędzając prawą nogę, chciał już skierować się do przodu. Żeby gdzieś iść, gdzieś usiąść, zastanawiając się ciągle, czy ciągle obowiązuje go to, jak ma się zwracać do Edwarda. Tak robił. Czy powinien przekraczać granice? Czy tamte słowa, jak i wiele innych, kierowane były gniewem?
Nie było sensu chyba ciągnąć tematu tego, co by się stało, GDYBY. Każdy miał w tym własną wersję wydarzeń, każdy był mądrzejszy. Albo raczej - Edward był, bo nie potrafiłby pomyśleć, przyjąć do świadomości, że coś złego naprawdę mogłoby się stać. Nie spodziewał się tego, że teraz te ojcowskie ramiona zacisną się wokół niego przynosząc ze sobą to samo poczucie bezpieczeństwa. Nie był już małym dzieckiem, chłopcem, który powinien szukać w nich schronienia, a jednak nieustannie tego potrzebował. Potrzebował ojca. Chciał wierzyć w te słowa. Chciał wspiąć się wyżej, chciał mieć tę siłę, do której zawsze lgnął i którą podziwiał. Ale chyba nie bardzo mogło być mu to dane. Coś za coś. Płacisz empatią za siłę zdobytą. Nie możesz mieć obu rzeczy na raz, bo tam, gdzie siedział Edward, nie było możliwości (ani pieniędzy) pozwolić sobie na żałowanie każdej napotkanej duszy. Przymknął oczy od tego pocałunku czując, jak już całkowicie się rozluźnia. A nie powinno tak być. Nie powinien znowu tak łatwo poddawać się starszemu Prewettowi.
Wszystko to nie miało znaczenia w obliczu słów, jakie padły na końcu.
Laurent otworzył szerzej oczy. Zdanie tak krótkie i tak przeczące temu wszystkiemu co wydarzyło się między nimi parę dni temu. Naprawdę? Jesteś dumny? Głos zatonął w jego gardle jak kamień w mętnym jeziorze.
- Dziękuję. - Tak, tego potrzebował. Tego cały czas chciał. Tylko to wszystko potem topiło się i ginęło w obliczu wszystkich zagadnień, jakie przepływały między nimi. - Nie okłamuj mnie teraz, że miałeś kiedyś miękki charakter. - Uśmiechnął się nawet delikatnie, chociaż trochę niepewnie. To miał być żartobliwy komentarz, ale z odbiorem takowych różnie bywało u Edwarda. Nie potrafił sobie wyobrazić Edwarda ze swoim charakterem. - Chcesz posłuchać o nawiedzonym statku?