06.12.2023, 00:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2025, 00:37 przez Lorraine Malfoy.)
Szafa albo malutka garderoba w mieszkaniu bukmachera (?) w niemagicznym Londynie
– Ty myślisz? – odparowała natychmiast, choć nie słychać było w głosie Lorraine nawet cienia złośliwości, która niegdyś barwiła każdą wypowiedź skierowaną w stronę Desmonda; teraz kpiła z kuzyna bardziej z przyzwyczajenia, niż z czystej niechęci wobec jego osoby. Niewzruszone oblicze młodego Malfoya stanowiło doskonały cel dla jej słodkich i jakże zabawnych przytyków, jego absolutna powaga – zachęcała tylko, by go dalej prowokować, zaś jego kompletny brak poczucia humoru – był dla niej najwspanialszym żartem, jaki mógłby opowiedzieć.
– Przecież nigdy bym ci nie skłamała, Desmond. No, przynajmniej nie od kiedy jesteśmy wspólnikami – rzuciła lekko, uderzając w bardzo konspiracyjny ton, w którym pod subtelną woalką udawanej powagi zrazu czaiło się szczere rozbawienie.
Nie mogła mieć do niego pretensji jeżeli chodzi o te oskarżenia, bo za młodu kłamała równie często, co otwierała buzię – było wpisane w jej krwiobieg, tak samo jak ten bezwzględny zgrzyt niezręczności w kostycznych, a zarazem gwałtownych ruchach Desmonda; więcej, to kłamstwo płynęło w jej żyłach zamiast krwi – pewnie dlatego jej policzki pozostawały białe i blade, zamiast pokryć się rumieńcem wstydu, nawet wtedy, kiedy wciskała ludziom najgorszy kit.
Desmonda ratowało przed potraktowaniem go całą siłą charyzmatycznej konfabulacji wili to, że był Malfoyem – co prawda, ździebko przyjebanym, ale wciąż Malfoyem – a ich przynależność rodowa nie tylko nakładała im blond korony z włosów na główki, ale i czyniła ich jedną drużyną, czyniła ich lepszymi od innych, przez samo tylko urodzenie, nie majątek czy wpływy. Bo jeżeli o majętność chodzi, czegóż by ona nie dała za to, by być na szybkim wybieraniu sowy wielkiego Vakela Dolohova! Czegóż nie dałaby, aby czuć pod opuszkami palców iskry transcendencji i przepysznej gramatury eleganckiej papeterii, na której wróżbita rozsyłał gronu swoich subskrybentów spersonalizowane odczyty przyszłości – Loretta pokazała jej swego czasu jeden z takich listów, co zachęciło Lorraine by rok rocznie w okolicach swych urodzin poświęcić trochę więcej grosza na podobną usługę – jednak jej arystokratyczne rączki musiały się zamiast tego przyzwyczaić do słabej jakości papieru popularnych czytadeł skierowanych dla plebsu… Na szczęście, mistrz Dolohov pisywał też dla mas, uszlachetniając instytucję Proroka Codziennego swoją obecnością na łamach tego pisma, i tam też zwykle Lorraine miała szansę zapoznać się z jego wróżb... I co wynikło z tych wszystkich wróżb?
Tyle, że Lorraine siedziała teraz w jakiejś jebanej szafie, ze wzrokiem martwo utkwionym w drzwiach garderoby, zza których wciąż dobiegały prymarne odgłosy ordynarnej kopulacji, i nie była nawet do końca pewna, jak powinna zareagować na cały ten nieśmieszny żart.
"Dlaczego mi powiedziałaś, że dom będzie pusty?"
– Bo taki miał być. – odszepnęła krótko, ledwie poruszając ustami.
Teraz to ona chwyciła go za rękę, wtedy kiedy się tak wzdrygnął – choć nie miała nawet w połowie tyle siły co Desmond, który wcześniej prawie że wykręcił jej ramię jak tak ich zatrzymywał na chodniku (to, że nie narzekała, było pokłosiem tego, że tłukli się o wiele gorzej kiedy oboje byli jeszcze dziećmi) – i delikatnie, acz stanowczo, uścisnęła jego dłoń, w geście, który w jej mniemaniu powinien się wydać krzepiący.
Nie nawykła do pracy zespołowej, nie do końca nawykła też do współpracy z Desmondem, ba, do samego Desmonda, ale w jej głowie cały czas czaił się cichy głos, który ze zdecydowaniem przypominał, że nienawiść wobec własnej rodziny byłaby nienawiścią wobec samej siebie, i że może liczyć tylko i wyłącznie na innych Malfoyów. Że oni także liczą na nią.
Zastanawiała się, czy Desmond bardzo się zdenerwował. Zrozumiałaby. To był w końcu jego chrzest bojowy. Dla Lorraine nie byłby to pierwszy raz, kiedy musiałaby zmierzyć się z kimś w pojedynku na umysły. Nie, Lorraine, choć czuła ukłucie porażki w sercu, nie przejęła się zanadto, i zamiast rozpaczać, zaczęła rozważać w myślach miliony scenariuszy mogących wyjaśnić, dlaczego mieszkanie jednak nie było puste.
Jej ruchy były ostrożne, kiedy podnosiła z ziemi przydeptany przy teleportacji periodyk z mężczyzną przebranym w kobiece szaty na okładce, i delikatnie wertowała jego kartki, by ostatecznie wcisnąć gazetę Desmondowi w ręce, żeby się chłopiec czymś zajął, bo obawiała się, czy pod pozorami nonszalancji nie skrywa przypadkiem wzburzenia.
– Sprawdź to. Czytaj dla skorpiona i... Jaki masz znak zodiaku? – spytała, szeptem, tuż przy jego uchu, niepomna kompletnie na to, że doskonale pamiętała jego datę urodzenia, bo zieleniała z zazdrości za każdym razem, kiedy rodzice chłopaka urządzali mu wystawne przyjęcie urodzinowe. – Bo wyglądasz na barana – syknęła. Wyciągnęła różdżkę, by niewerbalnie rzucić na oboje zajęcie osuszające ze śniegu.
Musiała tylko usłyszeć, co przyniesie jej los...
Potem mogła wyjść z garderoby, i sprawdzić, czy teleportowali się chociaż do dobrego mieszkania. Zawsze mogła skłamać, że jest prostytutką, którą zatrzasnął w szafie niewierny mąż lub żona, wprawić przeciwnika w stupor legilimencją, i uciec z Desmondem, tak, by nikt nie zapamiętał jego twarzy – jego pozycja w ministerstwie była nader delikatna, i nie zamierzała niepotrzebnie narażać tak cennej inwestycji.