06.12.2023, 10:14 ✶
Camille uśmiechnęła się do Chestera, a jej rysy twarzy stały się trochę mniej napięte, bardziej miękkie i ciepłe. Było w tym coś rozczulającego, że tak troszczył się o rodzinę - ona tego nie doświadczyła, a przynajmniej nie w taki sposób. Oczywiście kochała swoich rodziców i rodzeństwo, lecz byli... Toksyczni. Nie bała się używać tego słowa. Gdyby nie starszy brat i siostra, to pewnie Camille nigdy nie mogłaby po ukończeniu Akademii wyjechać do Londynu. A tak jej rodzina miała dwójkę osób, które mogła pchnąć w zaaranżowane małżeństwa, a w razie czego była jeszcze jej młodsza siostra, która została we Francji. Tylko dzięki temu mogła rozpocząć staż, a potem pracę w Mungu. Rodzice zadbali o jej wygląd, o wykształcenie, o obycie... Ale czy zabraliby ją na sabat tylko dlatego, że jest tam pięknie, a oni chcą z nią spędzić czas? Wątpiła. Ich wspólne spędzanie czasu polegało na nieustannym kształceniu, wytykaniu kolejnych błędów w postawie i z pewnością nie pochwaliliby tego, że poszła na Lithe sama. Bo przecież nie godziło się przychodzić w takie miejsca w pojedynkę.
Otworzyła usta i już chciała mu odpowiedzieć, gdy poczuła na twarzy coś mokrego. Drgnęła, zaskoczona, unosząc dłoń do twarzy. Spojrzała z niejakim zaskoczeniem na Jima, który obdarzył ją uśmiechem tak pięknym i niewinnym, a komplementem tak wyszukanym, że przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Patrzyła skonsternowana na mężczyznę, słuchała kolejnych wypowiadanych przez niego słów i już po chwili go nie było, ulotnił się jak sen nad ranem. Ale to nie był sen, wciąż czuła na twarzy wodę. Zmarszczyła nieco brwi, ostrożnie zbierając krople opuszkami palców, szczególnie z kącików oczu. Zerknęła, czy nie rozmazał jej makijażu - bo gdyby to zrobił, to z pewnością zmieniłby zdanie o Camille i z pięknego anioła zesłanego przez boga zmieniłaby się w prawdziwego anioła zemsty, który z delikatnością i dobrocią nie miał wiele wspólnego. Na jego szczęście nic takiego się nie stało, to nie był kubeł wody, a zaledwie kilka kropel.
- Nie trzeba, nic się nie stało, a i nie wyrządził szkód - posłała Chesterowi nieco nerwowy uśmiech. Bo i owszem, pracowała w Mungu więc siłą rzeczy widziała różnych ludzi, lecz w zupełnie innym otoczeniu. Nie w otoczeniu śpiewów, gwaru, tłumu i świętowania. Ludzie pokroju Jima zwykle byli zapięci w pasy, unieruchomieni, i nie mogli oblewać wodą przypadkowych osób. Nierzadko też nie mogli mówić, zakneblowani - z tym, że z ich ust wydobywały się przekleństwa, nie słodkie słowa. Na kolejny komplement zareagowała już rumieńcem na policzkach i ucieczką wzrokiem gdzieś w bok. Oczywiście że była przyzwyczajona do komplementów, nie po to o siebie dbała, żeby płonić się jak nastolatka, lecz trzeba było przyznać, że sytuacja nieco zbiła ją z tropu, sprawiła że miast powłóczystego spojrzenia i uśmiechu po prostu skapitulowała, zawstydzona. Nie bez znaczenia był też wianek, który może i działał kojąco, ale i sprawiał, że odczuwała wszystkie emocje nieco inaczej, mocniej. Dodatkowo wszyscy kandydaci, którzy byli popychani w jej stronę przez rodzinę, zjawiali się w nieodpowiednim momencie. Albo wtedy, kiedy musiała się uczyć, albo gdy pracowała. Albo gdy po prostu chciała odpocząć i na ten dzień miała dość ludzi. Wtedy jednak przemawiała przez nią irytacja, bo bardzo nie lubiła, gdy ktoś jej się narzucał - zwłaszcza, gdy był kolejnym pionkiem na planszy szachów, ustawionych przez jej rodzinę. Nie pozwalali o sobie zapomnieć, bo przecież to wstyd, by kobieta prawie czterdziestoletnia, z dobrego domu, nie miała męża i co najmniej dwójki dzieci. Miała jednak wrażenie, że rodzina odpuściła, lecz po prostu zaznaczała teren i swoją pozycję przez te niespodziewane wizyty w szpitalu czy w miejscach, w których bywała. Na jej szczęście żaden z nich nie przychodził do jej domu - o rodzinie Delacour można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że agresywnie przekraczali granice, które rozrysowała. - Dziękuję.
Zdążyła tylko szepnąć, notując w myślach, że to był chyba dobry czas na ewakuację. Z tych rozważań jednak wyrwał ją Eryk, który pojawił się u boku Chestera niespodziewanie. Camille krążyła spojrzeniem od jednego Rockwooda, do drugiego. Posłała mu kolejny uśmiech, nieco delikatniejszy, gdy zauważyła uśmiech skierowany do wnuków Chestera. Był sztywny, nieco wyuczony, niezgrabny. Jakby wymuszony? Ale coś się za nim kryło. Smutek może? Tęsknota? A może po prostu nie lubił dzieci i nie do końca wiedział, jak się w ich towarzystwie zachować? Nie potrafiła go odcyfrować, zwłaszcza że pojawił się na ułamek sekundy, a potem znikł.
- Dzień dobry. Pozwolicie, że jeszcze przez chwilę tu zostanę? Nie chcę przeszkadzać wam w rozmowie, ale wolałabym chwilę odczekać, żeby nie wpaść na tę uroczą osobę, która lubuje się w oblewaniu innych wodą - przeniosła wzrok z powrotem na Chestera. To nie tak, że by sobie z nim nie poradziła, lecz doświadczenie nauczyło ją, żeby nie ryzykować niepotrzebnie. Jeszcze by na niego wpadła i musiała wysłuchać wykładów o aniołach, bogu i ogniu piekielnym, w akompaniamencie kolejnych kropel roszących jej twarz. Zniknął już w tłumie, lecz kto wie, czy nie wróci? A wtedy wolałaby mieć przy sobie kogokolwiek, kto chociaż na chwilę odwróci od niej uwagę, by mogła się ulotnić.
Otworzyła usta i już chciała mu odpowiedzieć, gdy poczuła na twarzy coś mokrego. Drgnęła, zaskoczona, unosząc dłoń do twarzy. Spojrzała z niejakim zaskoczeniem na Jima, który obdarzył ją uśmiechem tak pięknym i niewinnym, a komplementem tak wyszukanym, że przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Patrzyła skonsternowana na mężczyznę, słuchała kolejnych wypowiadanych przez niego słów i już po chwili go nie było, ulotnił się jak sen nad ranem. Ale to nie był sen, wciąż czuła na twarzy wodę. Zmarszczyła nieco brwi, ostrożnie zbierając krople opuszkami palców, szczególnie z kącików oczu. Zerknęła, czy nie rozmazał jej makijażu - bo gdyby to zrobił, to z pewnością zmieniłby zdanie o Camille i z pięknego anioła zesłanego przez boga zmieniłaby się w prawdziwego anioła zemsty, który z delikatnością i dobrocią nie miał wiele wspólnego. Na jego szczęście nic takiego się nie stało, to nie był kubeł wody, a zaledwie kilka kropel.
- Nie trzeba, nic się nie stało, a i nie wyrządził szkód - posłała Chesterowi nieco nerwowy uśmiech. Bo i owszem, pracowała w Mungu więc siłą rzeczy widziała różnych ludzi, lecz w zupełnie innym otoczeniu. Nie w otoczeniu śpiewów, gwaru, tłumu i świętowania. Ludzie pokroju Jima zwykle byli zapięci w pasy, unieruchomieni, i nie mogli oblewać wodą przypadkowych osób. Nierzadko też nie mogli mówić, zakneblowani - z tym, że z ich ust wydobywały się przekleństwa, nie słodkie słowa. Na kolejny komplement zareagowała już rumieńcem na policzkach i ucieczką wzrokiem gdzieś w bok. Oczywiście że była przyzwyczajona do komplementów, nie po to o siebie dbała, żeby płonić się jak nastolatka, lecz trzeba było przyznać, że sytuacja nieco zbiła ją z tropu, sprawiła że miast powłóczystego spojrzenia i uśmiechu po prostu skapitulowała, zawstydzona. Nie bez znaczenia był też wianek, który może i działał kojąco, ale i sprawiał, że odczuwała wszystkie emocje nieco inaczej, mocniej. Dodatkowo wszyscy kandydaci, którzy byli popychani w jej stronę przez rodzinę, zjawiali się w nieodpowiednim momencie. Albo wtedy, kiedy musiała się uczyć, albo gdy pracowała. Albo gdy po prostu chciała odpocząć i na ten dzień miała dość ludzi. Wtedy jednak przemawiała przez nią irytacja, bo bardzo nie lubiła, gdy ktoś jej się narzucał - zwłaszcza, gdy był kolejnym pionkiem na planszy szachów, ustawionych przez jej rodzinę. Nie pozwalali o sobie zapomnieć, bo przecież to wstyd, by kobieta prawie czterdziestoletnia, z dobrego domu, nie miała męża i co najmniej dwójki dzieci. Miała jednak wrażenie, że rodzina odpuściła, lecz po prostu zaznaczała teren i swoją pozycję przez te niespodziewane wizyty w szpitalu czy w miejscach, w których bywała. Na jej szczęście żaden z nich nie przychodził do jej domu - o rodzinie Delacour można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że agresywnie przekraczali granice, które rozrysowała. - Dziękuję.
Zdążyła tylko szepnąć, notując w myślach, że to był chyba dobry czas na ewakuację. Z tych rozważań jednak wyrwał ją Eryk, który pojawił się u boku Chestera niespodziewanie. Camille krążyła spojrzeniem od jednego Rockwooda, do drugiego. Posłała mu kolejny uśmiech, nieco delikatniejszy, gdy zauważyła uśmiech skierowany do wnuków Chestera. Był sztywny, nieco wyuczony, niezgrabny. Jakby wymuszony? Ale coś się za nim kryło. Smutek może? Tęsknota? A może po prostu nie lubił dzieci i nie do końca wiedział, jak się w ich towarzystwie zachować? Nie potrafiła go odcyfrować, zwłaszcza że pojawił się na ułamek sekundy, a potem znikł.
- Dzień dobry. Pozwolicie, że jeszcze przez chwilę tu zostanę? Nie chcę przeszkadzać wam w rozmowie, ale wolałabym chwilę odczekać, żeby nie wpaść na tę uroczą osobę, która lubuje się w oblewaniu innych wodą - przeniosła wzrok z powrotem na Chestera. To nie tak, że by sobie z nim nie poradziła, lecz doświadczenie nauczyło ją, żeby nie ryzykować niepotrzebnie. Jeszcze by na niego wpadła i musiała wysłuchać wykładów o aniołach, bogu i ogniu piekielnym, w akompaniamencie kolejnych kropel roszących jej twarz. Zniknął już w tłumie, lecz kto wie, czy nie wróci? A wtedy wolałaby mieć przy sobie kogokolwiek, kto chociaż na chwilę odwróci od niej uwagę, by mogła się ulotnić.