06.12.2023, 18:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2023, 21:09 przez Lorraine Malfoy.)
odpowiedź na ten post Maeve Chang
Kiedy Maeve wspomniała o podtapianiu się dla niej w jeziorze, Lorraine aż zaschło w buzi.
Przypomniała sobie o obrazku przedstawiającym piękną nimfę - najadę, stojącą u brzegu jeziora, w pozie niesłychanie wyzywającej, przez to, że wydawała się być nieświadoma tego, że ktoś na nią patrzy, więc jej postawę cechowała naturalność i nieskrępowanie otaczającej jej dzikiej przyrody - wyrwała go po cichu z jednej z książek z biblioteki, i trzymała go pod poduszką w szkolnym dormitorium, czasem tylko jak zahipnotyzowana wpatrywała się w niego wieczorami. Nimfa była niezwykle podobna do Maeve - w jej twarzy tkwił podobny pierwiastek nadnaturalności, ale i niewzruszona pewność siebie, która tak pociągała Lorraine, kiedy rozważała, czy chciałaby być nią, czy być z nią - różniła się od Changówny tylko długością włosów, które spływały aż za jej pośladki.
Lorraine zdarzyło się przecież zażądać od Maeve, kiedy to zbereźnie ciągnęła ją za włosy (((w łóżku))), by te nagle stały się dłuższe, takim samym tonem, z jakim teraz Maeve żądała nagrody; nagrody za głowę wili, pomyślała cierpko Malfoy. Bo cóż tu dużo mówić, przy Maeve traciła głowę.
Wytracała też napięcie mięśniowe i resztki kondycji, bo jak tylko jej towarzyszka schwyciła swoimi szczupłymi, acz stanowczymi dłońmi jej nadgarstki, i przyciągnęła do siebie - blisko, tak, że ich ciała teraz dotykały się niebezpiecznie - Lorraine poczuła jak jej ciało ogarnia niespodziewana wiotkość, zaś umysł - kompletny wewnętrzny bezwład.
Mdliło ją też dziwnie, czy to zapach kwiatów tak na nią działał?
Z trudem wyrwała jedną dłoń, i szybko zdjęła z głowy przechodzącej obok kobiety wianek pasujący kolorami do aksamitki, którą wetknęła za ucho Maeve - tamta na szczęście nic nie zauważyła.
- Laur zwycięzcy, i... - Przekora w głosie Lorraine była ewidentna, kiedy wspięła się na palce, by uroczyście zwieńczyć czoło Maeve dorwanym przed chwilą wiankiem, lecz ta przekora szybko zniknęła, kiedy Malfoy przybliżyła się tak, by jej usta nieomal muskały płatek ucha Maeve. I wyszeptała, z ogniem w oczach: - Mnie.
Była jakaś dzikość w jej spojrzeniu, kiedy wypowiadała to jedno, proste słowo; tak samo w ruchach wili widać było ewidentnie pożądanie, ale i coś więcej, coś równie pierwotnego, co miejsce połączenia ich ciał - strach.
Lorraine bała się tych przypływów szczerości w obecności Maeve, bo za każdym razem, kiedy decydowała się przed nią odsłonić - i to nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu! - czuła najpierw niezrozumiałą euforię, czy lepiej powiedzieć ulgę, i nagłe, rozsadzające jej pierś szczęście z bycia zrozumianą; te jednak szybko przeistaczały się we wstyd, a potem - w nienawiść do samej siebie, zwątpienie... I frustrację.
Dzisiaj jednak nie kręciła się w spirali paranoi, tylko wirowała w tańcu. Nie wiedziała, kto prowadził; skupiała się tylko na Chang, na jej wysmukłym ciele, na uśmiechu w kącikach warg, na wspomnieniu jej gorączkowego listu, chwilę po tym, jak dotarło do niej, że Malfoy w swój pokrętny, oficjalny sposób, zaprosiła ją do flirtu.
Teraz zaczęła się modlić, wpatrując się z zachwytem w usta Maeve, powleczone czarnoksięstwem zamiast pomadki - chciała scałować magię z warg swojej towarzyszki; chciała, by jej słodki oddech owionął ją niczym opary poświęconego kadzidła, i do szczętu namieszał w głowie... Bo w głowie Lorraine wszystko wydawało się zawsze tak niesłychanie skomplikowane, tak trudne, a przecież interakcja z Maeve - analizowana do porzygu - wydawała się przecież tchnąć prostym: jest mi dobrze.
Zbyt łatwo się przy niej odsłaniała. Zbyt wiele sekretów zdradziła w jej ramionach.
Pomyślała o swojej rodzinie - o ojcu, którego potrafiła kochać tylko, kiedy był tak pijany, że jedynym co wychodziło z jego ust był śmiech, nie zaś, jak to było w zwyczaju, kłamstwa i obelgi - o matce, która zawsze wtłaczała jej do głowy, że rodzina jest najważniejsza, i tylko ona się liczy w życiu; że tylko reszcie Malfoyów mogą ufać, że reszta ludzi to wrogowie, którzy chcą ich tylko wykorzystać... Ale przecież Maeve nie chciała od niej niczego, poza jej ciałem. To, że czasami dostawała razem z nim w pakiecie duszę, było wyłącznie skutkiem ubocznym słabości Lorraine.
Problem był taki, że lubiła być przy niej słaba.
Głos zmarłej Mirandy Malfoy wrzeszczał wtedy w głowie córki jak banshee z zespołem napiecia przedmiesiączkowego, jak możesz być taka głupia i narażasz nie tylko siebie, ale całą rodzinę Malfoy, wpuszczając tę dziewczynę do serca, ale przecież Maeve była częścią rodziny Lorraine. Tej rodziny z Nokturnu. I chociaż nie minął nawet miesiąc od czasu rozpoczęcia współpracy z Czarnym Kotem, przez te kilka tygodni zbierania razem z nim bandy szaleńców i straceńców, tropienia współpracowników Toma Elddira, bezustannych kłótni o pieniądze i sens rozpisywania ich udziałów w przestępczej spółce u porządnego notariusza zamiast przyklepywania każdego interesu na uścisk poślinionej dłoni, Lorraine chyba po raz pierwszy w życiu czuła się... czuła się... szczęśliwa...? Nie wiedziała, jak się czuła. Ale w ich gronie czuła się zdecydowanie lepiej, niż samotnie.
Maeve była ważną częścią tej rodziny. Czasami tylko ona potrafiła uspokoić obawy Lorraine, sprowadzić ją na ziemię, kiedy tego potrzebowała... Jeżeli Chang chciała utopić się, by zrywać jej lilie wodne, tak Lorraine gotowa była w tej chwili umrzeć, gdyby mogła swoim ciałem użyźnić ziemię pod kwiatki rosnące obok ich cottagecore chatki na wsi, albo w szklarni obok rezydencji w centrum Nokturnu, gdzie wyobrażała sobie, że kiedyś osiądzie; kiedyś, kiedy zarobi już odpowiednio dużo pieniędzy, by zacząć żyć pełnią życia, by zrealizować wszystkie marzenia, które miała jako młoda dziewczyna: kochać się z Maeve, zostać alchemiczką, nauczyć się czytać tarota, kochać się z Maeve, może założyć rodzinę, z którą chodziłaby co niedzielę na mszę w kowenie...
Nie wiedziała, czy to widok tych wszystkich rodzin z dziećmi dookoła, czy przemyślenia na temat więzów rodzinnych ich malutkiej found family na Nokturnie, czy to wina tego nagłego ucisk w podbrzuszu, kiedy Maeve przygarnęła ją do siebie, ale Lorraine poczuła, że zbiera jej się na płacz.
Dlaczego nie mogła mieć tego wszystkiego? Dlaczego to było takie skomplikowane?
Pierzaste gałązki bylicy łaskotały Lorraine w czoło, zaś śmiałe spojrzenie Maeve łaskotało coś głęboko wewnątrz niej; przez chwilę myślała, że dostała reakcji alergicznej na trawę znajdującą się w wianku, ale szybko zrozumiała, że to motylki zalęgły się w jej brzuszku, i trzepoczą skrzydełkami w takt bicia serca Maeve. Pomyślała mimowolnie, że to musi być podobne uczucie nosić w sobie dziecko... Zemdliło ją jeszcze bardziej niż wcześniej na samą myśl.
Ale zaraz jej przeszło, bo zobaczyła uśmiech Maeve.
Jej własne serce transmutowało - zapewne pod wpływem długiego przebywania w towarzystwie pani metamorfomag - w cholerną ćmę, która pragnęła wyrwać się z okowów klatki piersiowej, i ulecieć w stronę światła... To znaczy, w stronę Chang, której świetlista postać była w oczach Lorraine jaśniejsza od łuny ognisk obok Stonehedge; jaśniejsza niż blask galeonów w skarbcu Malfoyów, w znajdującym się nie tak daleko zresztą położonym Malfoy Manor; jeżeli nawet Maeve była jednym z tych zagubionych oprychów spod ciemnej gwiazdy z ulic Nokturnu, Lorraine powiedzialaby, że na jej firmamencie jest tą najjaśniejszą, i powiodłaby palcem po pieprzykach na odsłoniętej skórze przedramion kobiety ubranej w kusy podkoszulek jak po konstelacjach...
Nagle wpadły na nie jakieś ganiające się po polanie dziewczynki, ale tylko przeprosiły i poleciały dalej.
Lorraine zamrugała, zaskoczona.
Wizja idealnej rodziny: Maeve, w otoczeniu kwiatów, Lorraine, z dzieckiem, prysła, zanim jeszcze zdążyła się ukształtować w jej głowie. Zdała sobie sprawę, że Maeve mogłaby być tą gwiazdą, która wskazałaby jej, jak powinna żyć. Czy ktoś inny poza nią potrafił zaakceptować ją taką, jaka była, ze wszystkimi jej wadami? Czy jakikolwiek mężczyzna dałby jej takie spełnienie?
Tak, Maeve była tą jedyną. Czy ktoś inny kochałby bowiem taką doszczętnie zrujnowaną Lorraine, bardziej jeszcze wybrakowaną niż teraz kiedy nie będzie już seksowną młodą wilą tylko skupionym na rodzinie milfem?
Dlaczego to było takie skomplikowane? Dlaczego w jej oczach zakręciły się łzy?
Och, dlatego, że właśnie zdała sobie sprawę, że przecież Maeve nie jest mężczyzną, i mogłyby co najwyżej adoptować roślinki (i koty, choć i tych i tych miały już za dużo).
Och, gdyby tylko Wielka Mistrzyni Gry Matka spojrzała na nią łaskawie na tym pięknym święcie celebracji płodności, i napełniła postać Lorraine swoją łaską, a jej łono - niepokalanie poczętym dzieciątkiem!
mówię to absolutnie poważnie. winię wylosowany wianek, @Septima Ollivander i to, że nie mam absolutnie żadnych hamulców
...Ale niestety, Bogini zdecydowała się obdarzyć Malfoy jedynie nudnościami, które nasilały się przez intensywny zapach kwiatów, którymi przyozdobione było stoisko z wiankami, więc dziewczyna, rzucając Maeve udręczone spojrzenie, odciągnęła ją na bok, uciekając z dala od reszty sabatu.
Kiedy Maeve wspomniała o podtapianiu się dla niej w jeziorze, Lorraine aż zaschło w buzi.
Przypomniała sobie o obrazku przedstawiającym piękną nimfę - najadę, stojącą u brzegu jeziora, w pozie niesłychanie wyzywającej, przez to, że wydawała się być nieświadoma tego, że ktoś na nią patrzy, więc jej postawę cechowała naturalność i nieskrępowanie otaczającej jej dzikiej przyrody - wyrwała go po cichu z jednej z książek z biblioteki, i trzymała go pod poduszką w szkolnym dormitorium, czasem tylko jak zahipnotyzowana wpatrywała się w niego wieczorami. Nimfa była niezwykle podobna do Maeve - w jej twarzy tkwił podobny pierwiastek nadnaturalności, ale i niewzruszona pewność siebie, która tak pociągała Lorraine, kiedy rozważała, czy chciałaby być nią, czy być z nią - różniła się od Changówny tylko długością włosów, które spływały aż za jej pośladki.
Lorraine zdarzyło się przecież zażądać od Maeve, kiedy to zbereźnie ciągnęła ją za włosy (((w łóżku))), by te nagle stały się dłuższe, takim samym tonem, z jakim teraz Maeve żądała nagrody; nagrody za głowę wili, pomyślała cierpko Malfoy. Bo cóż tu dużo mówić, przy Maeve traciła głowę.
Wytracała też napięcie mięśniowe i resztki kondycji, bo jak tylko jej towarzyszka schwyciła swoimi szczupłymi, acz stanowczymi dłońmi jej nadgarstki, i przyciągnęła do siebie - blisko, tak, że ich ciała teraz dotykały się niebezpiecznie - Lorraine poczuła jak jej ciało ogarnia niespodziewana wiotkość, zaś umysł - kompletny wewnętrzny bezwład.
Mdliło ją też dziwnie, czy to zapach kwiatów tak na nią działał?
Z trudem wyrwała jedną dłoń, i szybko zdjęła z głowy przechodzącej obok kobiety wianek pasujący kolorami do aksamitki, którą wetknęła za ucho Maeve - tamta na szczęście nic nie zauważyła.
- Laur zwycięzcy, i... - Przekora w głosie Lorraine była ewidentna, kiedy wspięła się na palce, by uroczyście zwieńczyć czoło Maeve dorwanym przed chwilą wiankiem, lecz ta przekora szybko zniknęła, kiedy Malfoy przybliżyła się tak, by jej usta nieomal muskały płatek ucha Maeve. I wyszeptała, z ogniem w oczach: - Mnie.
Była jakaś dzikość w jej spojrzeniu, kiedy wypowiadała to jedno, proste słowo; tak samo w ruchach wili widać było ewidentnie pożądanie, ale i coś więcej, coś równie pierwotnego, co miejsce połączenia ich ciał - strach.
Lorraine bała się tych przypływów szczerości w obecności Maeve, bo za każdym razem, kiedy decydowała się przed nią odsłonić - i to nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu! - czuła najpierw niezrozumiałą euforię, czy lepiej powiedzieć ulgę, i nagłe, rozsadzające jej pierś szczęście z bycia zrozumianą; te jednak szybko przeistaczały się we wstyd, a potem - w nienawiść do samej siebie, zwątpienie... I frustrację.
Dzisiaj jednak nie kręciła się w spirali paranoi, tylko wirowała w tańcu. Nie wiedziała, kto prowadził; skupiała się tylko na Chang, na jej wysmukłym ciele, na uśmiechu w kącikach warg, na wspomnieniu jej gorączkowego listu, chwilę po tym, jak dotarło do niej, że Malfoy w swój pokrętny, oficjalny sposób, zaprosiła ją do flirtu.
Teraz zaczęła się modlić, wpatrując się z zachwytem w usta Maeve, powleczone czarnoksięstwem zamiast pomadki - chciała scałować magię z warg swojej towarzyszki; chciała, by jej słodki oddech owionął ją niczym opary poświęconego kadzidła, i do szczętu namieszał w głowie... Bo w głowie Lorraine wszystko wydawało się zawsze tak niesłychanie skomplikowane, tak trudne, a przecież interakcja z Maeve - analizowana do porzygu - wydawała się przecież tchnąć prostym: jest mi dobrze.
Zbyt łatwo się przy niej odsłaniała. Zbyt wiele sekretów zdradziła w jej ramionach.
Pomyślała o swojej rodzinie - o ojcu, którego potrafiła kochać tylko, kiedy był tak pijany, że jedynym co wychodziło z jego ust był śmiech, nie zaś, jak to było w zwyczaju, kłamstwa i obelgi - o matce, która zawsze wtłaczała jej do głowy, że rodzina jest najważniejsza, i tylko ona się liczy w życiu; że tylko reszcie Malfoyów mogą ufać, że reszta ludzi to wrogowie, którzy chcą ich tylko wykorzystać... Ale przecież Maeve nie chciała od niej niczego, poza jej ciałem. To, że czasami dostawała razem z nim w pakiecie duszę, było wyłącznie skutkiem ubocznym słabości Lorraine.
Problem był taki, że lubiła być przy niej słaba.
Głos zmarłej Mirandy Malfoy wrzeszczał wtedy w głowie córki jak banshee z zespołem napiecia przedmiesiączkowego, jak możesz być taka głupia i narażasz nie tylko siebie, ale całą rodzinę Malfoy, wpuszczając tę dziewczynę do serca, ale przecież Maeve była częścią rodziny Lorraine. Tej rodziny z Nokturnu. I chociaż nie minął nawet miesiąc od czasu rozpoczęcia współpracy z Czarnym Kotem, przez te kilka tygodni zbierania razem z nim bandy szaleńców i straceńców, tropienia współpracowników Toma Elddira, bezustannych kłótni o pieniądze i sens rozpisywania ich udziałów w przestępczej spółce u porządnego notariusza zamiast przyklepywania każdego interesu na uścisk poślinionej dłoni, Lorraine chyba po raz pierwszy w życiu czuła się... czuła się... szczęśliwa...? Nie wiedziała, jak się czuła. Ale w ich gronie czuła się zdecydowanie lepiej, niż samotnie.
Maeve była ważną częścią tej rodziny. Czasami tylko ona potrafiła uspokoić obawy Lorraine, sprowadzić ją na ziemię, kiedy tego potrzebowała... Jeżeli Chang chciała utopić się, by zrywać jej lilie wodne, tak Lorraine gotowa była w tej chwili umrzeć, gdyby mogła swoim ciałem użyźnić ziemię pod kwiatki rosnące obok ich cottagecore chatki na wsi, albo w szklarni obok rezydencji w centrum Nokturnu, gdzie wyobrażała sobie, że kiedyś osiądzie; kiedyś, kiedy zarobi już odpowiednio dużo pieniędzy, by zacząć żyć pełnią życia, by zrealizować wszystkie marzenia, które miała jako młoda dziewczyna: kochać się z Maeve, zostać alchemiczką, nauczyć się czytać tarota, kochać się z Maeve, może założyć rodzinę, z którą chodziłaby co niedzielę na mszę w kowenie...
Nie wiedziała, czy to widok tych wszystkich rodzin z dziećmi dookoła, czy przemyślenia na temat więzów rodzinnych ich malutkiej found family na Nokturnie, czy to wina tego nagłego ucisk w podbrzuszu, kiedy Maeve przygarnęła ją do siebie, ale Lorraine poczuła, że zbiera jej się na płacz.
Dlaczego nie mogła mieć tego wszystkiego? Dlaczego to było takie skomplikowane?
Pierzaste gałązki bylicy łaskotały Lorraine w czoło, zaś śmiałe spojrzenie Maeve łaskotało coś głęboko wewnątrz niej; przez chwilę myślała, że dostała reakcji alergicznej na trawę znajdującą się w wianku, ale szybko zrozumiała, że to motylki zalęgły się w jej brzuszku, i trzepoczą skrzydełkami w takt bicia serca Maeve. Pomyślała mimowolnie, że to musi być podobne uczucie nosić w sobie dziecko... Zemdliło ją jeszcze bardziej niż wcześniej na samą myśl.
Ale zaraz jej przeszło, bo zobaczyła uśmiech Maeve.
Jej własne serce transmutowało - zapewne pod wpływem długiego przebywania w towarzystwie pani metamorfomag - w cholerną ćmę, która pragnęła wyrwać się z okowów klatki piersiowej, i ulecieć w stronę światła... To znaczy, w stronę Chang, której świetlista postać była w oczach Lorraine jaśniejsza od łuny ognisk obok Stonehedge; jaśniejsza niż blask galeonów w skarbcu Malfoyów, w znajdującym się nie tak daleko zresztą położonym Malfoy Manor; jeżeli nawet Maeve była jednym z tych zagubionych oprychów spod ciemnej gwiazdy z ulic Nokturnu, Lorraine powiedzialaby, że na jej firmamencie jest tą najjaśniejszą, i powiodłaby palcem po pieprzykach na odsłoniętej skórze przedramion kobiety ubranej w kusy podkoszulek jak po konstelacjach...
Nagle wpadły na nie jakieś ganiające się po polanie dziewczynki, ale tylko przeprosiły i poleciały dalej.
Lorraine zamrugała, zaskoczona.
Wizja idealnej rodziny: Maeve, w otoczeniu kwiatów, Lorraine, z dzieckiem, prysła, zanim jeszcze zdążyła się ukształtować w jej głowie. Zdała sobie sprawę, że Maeve mogłaby być tą gwiazdą, która wskazałaby jej, jak powinna żyć. Czy ktoś inny poza nią potrafił zaakceptować ją taką, jaka była, ze wszystkimi jej wadami? Czy jakikolwiek mężczyzna dałby jej takie spełnienie?
Tak, Maeve była tą jedyną. Czy ktoś inny kochałby bowiem taką doszczętnie zrujnowaną Lorraine, bardziej jeszcze wybrakowaną niż teraz kiedy nie będzie już seksowną młodą wilą tylko skupionym na rodzinie milfem?
Dlaczego to było takie skomplikowane? Dlaczego w jej oczach zakręciły się łzy?
Och, dlatego, że właśnie zdała sobie sprawę, że przecież Maeve nie jest mężczyzną, i mogłyby co najwyżej adoptować roślinki (i koty, choć i tych i tych miały już za dużo).
Och, gdyby tylko Wielka Mistrzyni Gry Matka spojrzała na nią łaskawie na tym pięknym święcie celebracji płodności, i napełniła postać Lorraine swoją łaską, a jej łono - niepokalanie poczętym dzieciątkiem!
mówię to absolutnie poważnie. winię wylosowany wianek, @Septima Ollivander i to, że nie mam absolutnie żadnych hamulców
...Ale niestety, Bogini zdecydowała się obdarzyć Malfoy jedynie nudnościami, które nasilały się przez intensywny zapach kwiatów, którymi przyozdobione było stoisko z wiankami, więc dziewczyna, rzucając Maeve udręczone spojrzenie, odciągnęła ją na bok, uciekając z dala od reszty sabatu.
Razem z Maeve Chang
Postacie opuszczają sesję