Vincent wiele razy zaglądał w oczy śmierci, ale od zawsze bał się tego, co będzie jak umrze. Był za bardzo przywiązany do życia, aby móc tak po prostu odejść. Zastanawiał się nad tym, co będzie robić jego rodzina, kto uratuje te wszystkie zwierzęta i magiczne stworzenia, czy ktoś w ogóle będzie o nim pamiętać, czy komuś będzie go brakować. Bał się odejść, bo bał się zapomnienia, albo tego, że wróci pod postacią ducha i będzie żył tu wiecznie. Nie chciał być duchem, ale nie chciał też odchodzić. Dziwiło go to, że Brenna zawsze z łatwością pakuje się w takie sytuacje, wychodzi z nich cało, otrzepuje i podnosi koronę zapierdalając dalej. Fascynowało go to, ale sam nigdy nie stronił od ryzyka. Uważał, że jego strach jest słuszny, bo wtedy bardziej uważał, lepiej ogarniał co się dzieje wokół i rozważniej podejmował swoje decyzje.
– Ha! Wiedziałem, że chcesz spędzić ze mną wieczność, kochanie – wymruczał pochylając się odrobinę w jej stronę, aby zmrużyć oczy i przyjrzeć się jej rozbawiony. – To pewnie ta krew Longbottomów – stwierdził zbyt pewnie, aby można było z nim się kłócić.
Vincent był przyzwyczajony do takich warunków, do takich ciemności u podnóża wysokich drzew zabierających światło. Nie raz szukał magicznych stworzeń, które były zagrożone przez niebezpiecznych ludzi, nie raz wytropił w takich warunkach jakieś ranne zwierzę. Nie był też jednak na tyle pyszny, aby uważać, że zawsze wszystko zobaczy oraz dostrzeże, ale starał się jak mógł, aby nie być dla niej balastem. Oderwał się nawet na chwilę od obserwowania śladów i pomógł jej z pająkiem, aby nie wpadła na coś i nie narobiła nieodpowiedniego hałasu. Sam też kilka razy dostał pajęczyną po twarzy; bardzo nieprzyjemne uczucie, ale był już przyzwyczajony.
– Może kiedyś skusisz się to ci pokaże – odpowiedział i na chwilę się na nią zapatrzył, kontrolując, czy czasem czegoś sobie nie zrobi.
Erik zapewne by go zamordował, gdyby Brenna wyszła stąd prawie martwa pod jego opieką. Można było mówić o nim wszystko, ale był opiekuńczy i starał się o wszystkich dbać. Chował też swoje uczucia przed innymi, maskował sarkazmem, nie okazywaniem strachu, ukrywaniem się przed innymi z przywiązaniem do nich. Nigdy pewnie nie powiedziałby tego głośno, ale jakby zabrakło Brenny na świecie byłby jednym z tych, których brakowałoby jej najbardziej. Brak sowiego spamu, brak wyjść, brak tego, że wpadałaby mu do domu w nieodpowiednim momencie.
– Hm? – spojrzał w tamtym kierunku i chwilę później leciał z Brenną w dół. – Kurwa – zaklął pod nosem i złożył ręce na klatce, trzymając mocno podbródek przy ciele, aby głowa mu nie latała i nie obijała się o nie wiadomo co. Skulił lekko nogi, aby ich nie połamać. Obił się raz o jakąś ostrą gałąź, która rozerwała mu koszulkę i przeorała skórę w okolicach żeber. Oprócz tego miał poharatane biodro, ale nie bolało za bardzo.
– A ty? – zapytał, gdy wylądował niedaleko niej. Usiadł i spojrzał na siebie. – Kurwa, moja ulubiona koszulka – mruknął niezadowolony, ale raczej było to maskowanie lekkiego zawału. Podniósł się i podszedł do niej. – Nic nie złamałaś? – wyciągnął do niej dłoń. Czuł jak przeorane miejsce pulsowało, ale był nie raz w gorszym stanie, dowodem była stara, zasklepiona blizna, która szła od obojczyka po kark. Mógł wtedy stracić głowę, ale nie stracił.