06.12.2023, 20:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:31 przez Alexander Mulciber.)
28.07.1972 r.
Nawet nie pamiętał, kiedy zapoznał Alberta Rookwooda, fakt faktem, że ich rodziny od zawsze pozostawały w bliskiej komitywie; a czy to łypnęli na siebie porozumiewawczo ponad stołem, kiedy stary Duncan Mulciber grzmiał przy uroczystym obiedzie jak by to wziął i pozabijał wszystkie gobliny, gdyby to on był Ministrem Magii, tak mu te pokurcze w poważnych interesach przeszkadzają, a mogłyby zasiedlać obozy pracy przymusowej!, czy to połączyła ich ciekawa konwersacja o wszystkim i o niczym przy wspólnie wypalonym papierosie, którym Alex podzielił się z Rookwoodem jeszcze gówniarzem będąc, kiedy ten również wyszedł do altany, zaspokoić głód nałogu - nieistotne.
Ważne, że przez te wszystkie lata, szacunek jaki żywił Mulciber wobec tego człowieka - który wedle jego wizji zajadać się miał w następny wtorek dodatkową porcją gorącycy skrzydełek kurczaka z chilli, bo dostawca jedzenia szczęśliwie się pomyli wydając zamówienie - pozostawał w jego niestabilnym życiu kojącym constans, tak jak bluszczowe objęcia Loretty, niezachwiana lojalność Murtagha i nieprzytomny uśmiech Diany.
List do Alberta był krótki, bo ręce ostatnio mu drżały mu po całym miesiącu spędzonym w alkoholowym ciągu w cygańskiej komunie, gdzie nieskutecznie próbował zapić się na śmierć. Donald, jego brat - pardon, jego na wpół martwy brat, który był już warzywem (dzięki bogu, na stoliku Rookwooda nie dostrzegł żadnych) - leżał w lecznicy dusz, i czekał na śmierć. Dianę ścigała prasa, przekonana o tym, że to właśnie ona ponosi winę za tę zbrodnię, bo dalej używała platynowej karty męża na zakupach... A Axel? Nie wiedział, kurwa, co robić z brzmieniem odpowiedzialności za przyszłość rodu Mulciber.
Rookwood zawsze był gotów służyć mu radą, i chętnie z tego przywileju korzystał. W pewnym sensie, Axel szanował go bardziej niż własnego ojca (niech mu ziemia lekką będzie) i resztę starszych krewnych - zawsze imponowała mu prezencja Alberta, błysk bezwzględności w oczach, i to, że miało się wrażenie, że pod powierzchnią jego skóry nieustannie buzuje agresja; Alexander lubił ludzi interesujących, a do takich niewątpliwie zaliczał się Rookwood, i nie miało znaczenia, czy rzygał w sąsiednim kiblu, czy wkładał jakiejś nieletniej prostytutce banknot do majtek - w jego towarzystwie po prostu czuł się swobodnie.
- Będę pił. - Kiedy trafił do stolika, wymienił z Albertem krótki uścisk dłoni, zanim opadł na krzesło z rezygnacją. Przyjaciel - czy tak go mógł nazwać? chyba tak - wydawał się jeszcze chudszy niż zazwyczaj, a oczy miał zapadnięte jeszcze bardziej niż Axel. Uśmiechnął się pod nosem. Obaj wyglądali tragicznie. - Jakiś szaman powiedział mi kiedyś, że trzeba regularnie umartwiać przewód pokarmowy wódą, żeby w pełni otworzyć swoje trzecie oko - rzucił ciekawostką, bo wiele zdążył Rookwoodowi opowiedzieć o swoich naukowych podróżach po świecie (i narkotykowych tripach, i morderczych eskapadach), ale tego chyba nigdy.
Rzucił na stół kartę z alkoholami. - Mimo to nie przewidziałem, że kobieta, którą kocham, to zwykła kurwa. - Och, być może raz czy dwa wymsknęło mu się coś takiego, więc nie może być od razu tak, że nie przewidział. W końcu za bardzo lubił rzucać jej tą inwektywą w twarz... On po prostu świadomie ignorował jej grzeszki, które nie wadziły mu aż tak, dopóki jej nie poślubił - nieoficjalnie, w obrządku cygańskich magów, a jednak, to było dla niego prawdziwsze niż jakieś przysięgi.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat