07.12.2023, 03:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2023, 09:55 przez Rodolphus Lestrange.)
- To nie jest tak łatwe, jak brzmi - odpowiedział cicho, krzywiąc się nieznacznie. Rzadko kiedy pozwalał sobie na podobne gesty przy innych, lecz czuł, że w tej sprawie mógł Nicholasowi zaufać. Albo inaczej: nie miał wyboru. Doprowadzało go do furii to, że był zależny od innych. Kontrola zaczynała wymykać mu się z rąk. Jednak osobą, która zasiała to ziarenko niepewności, była jego własna narzeczona. Nie przesłucha jej w żaden możliwy, znany sobie sposób. Przez lata budował ten związek, kładąc własnoręcznie każdy kamień, każdą cegiełkę. Od szczenięcych lat nie zbliżał się do Bellatrix tak, jak zbliżał się do innych kobiet. Nie wykorzystałby jej - być może dlatego, że ta gra, którą podjął, już dawno przestała być grą, a stała się realnym uczuciem. Rolph westchnął. Co innego drugi pracownik.
- Nie wydaje mi się, żeby Robert mi ufał, a przynajmniej nie tak, jak tobie. Dla mnie cenne jest co innego. Jego wiedza i doświadczenie - chociaż po części, jak tak się zastanowić, to Nicholas miał rację. Rodolphus uniósł szklankę z pytającym wzrokiem, lecz jeżeli Yaxley nie wyraził takiej chęci, nie przyniósł mu whisky. Sobie nie dolewał, był w wystarczających emocjach, by dowalać sobie alkoholem. Co było poniekąd zabawne, bo nawet teraz był absolutnym przeciwieństwem emocjonalnego człowieka. Ale gdy ktoś go znał od razu zauważał te drobne niuanse, które składały się na pewną całość. Wrócił na fotel i opadł na niego ciężko. Założył nogę na nogę i odchylił głowę, dłoń ze szklanką opierając swobodnie o podłokietnik. Drugą ręką przeczesał czarne włosy. Te mikrogesty dużo zdradzały. - Nic nie zaszło.
Odpowiedział zgodnie z prawdą, bo nie widział żadnego celu w tym, żeby kłamać. Łokieć oparł na podłokietniku, by wygodniej sięgnąć do twarzy i oprzeć skroń na wyciągniętych palcach. Wpatrywał się przez chwilę w Nicholasa uważnie.
- Między mną a Robertem nie ma żadnego połączenia na jakimkolwiek poziomie oprócz pracy - powiedział w końcu, nie odrywając wzroku od Yaxleya. Kłamał jednak. Robert był czułym punktem ich obu. W teorii z oczywistych względów u każdego w innym sensie. A jeśli Robert pójdzie na dno, on utopi się razem z nim. To samo dotyczyło sytuacji odwrotnej, jeśli prawda wyjdzie na jaw i pogrąży się młody Lestrange, Robert także przepadnie w czeluściach. Pomyłki tu nie były dopuszczalne. Dlatego też tak bardzo nie spodobała mu się niefrasobliwość Mulcibera w momencie, gdy nakazał rozszerzenie wąskiego grona osób, które wiedzą o tym, co robią. - Ale mam wrażenie, że żadnemu z nas nie byłoby na rękę, gdyby na światło dzienne wyszły jakiekolwiek informacje na temat Roberta, które mogłyby nadszarpnąć jego reputację. Chyba że się mylę?
Odstawił szklankę na bok. Jeżeli się mylił, to faktycznie ta rozmowa nie miała sensu, a on sam dał się znowu zwieść pozorom i skierował swoją uwagę na niewłaściwą osobę.
- Nie wydaje mi się, żeby Robert mi ufał, a przynajmniej nie tak, jak tobie. Dla mnie cenne jest co innego. Jego wiedza i doświadczenie - chociaż po części, jak tak się zastanowić, to Nicholas miał rację. Rodolphus uniósł szklankę z pytającym wzrokiem, lecz jeżeli Yaxley nie wyraził takiej chęci, nie przyniósł mu whisky. Sobie nie dolewał, był w wystarczających emocjach, by dowalać sobie alkoholem. Co było poniekąd zabawne, bo nawet teraz był absolutnym przeciwieństwem emocjonalnego człowieka. Ale gdy ktoś go znał od razu zauważał te drobne niuanse, które składały się na pewną całość. Wrócił na fotel i opadł na niego ciężko. Założył nogę na nogę i odchylił głowę, dłoń ze szklanką opierając swobodnie o podłokietnik. Drugą ręką przeczesał czarne włosy. Te mikrogesty dużo zdradzały. - Nic nie zaszło.
Odpowiedział zgodnie z prawdą, bo nie widział żadnego celu w tym, żeby kłamać. Łokieć oparł na podłokietniku, by wygodniej sięgnąć do twarzy i oprzeć skroń na wyciągniętych palcach. Wpatrywał się przez chwilę w Nicholasa uważnie.
- Między mną a Robertem nie ma żadnego połączenia na jakimkolwiek poziomie oprócz pracy - powiedział w końcu, nie odrywając wzroku od Yaxleya. Kłamał jednak. Robert był czułym punktem ich obu. W teorii z oczywistych względów u każdego w innym sensie. A jeśli Robert pójdzie na dno, on utopi się razem z nim. To samo dotyczyło sytuacji odwrotnej, jeśli prawda wyjdzie na jaw i pogrąży się młody Lestrange, Robert także przepadnie w czeluściach. Pomyłki tu nie były dopuszczalne. Dlatego też tak bardzo nie spodobała mu się niefrasobliwość Mulcibera w momencie, gdy nakazał rozszerzenie wąskiego grona osób, które wiedzą o tym, co robią. - Ale mam wrażenie, że żadnemu z nas nie byłoby na rękę, gdyby na światło dzienne wyszły jakiekolwiek informacje na temat Roberta, które mogłyby nadszarpnąć jego reputację. Chyba że się mylę?
Odstawił szklankę na bok. Jeżeli się mylił, to faktycznie ta rozmowa nie miała sensu, a on sam dał się znowu zwieść pozorom i skierował swoją uwagę na niewłaściwą osobę.