07.12.2023, 05:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2024, 00:03 przez Alexander Mulciber.)
- Za te otwarte uda kobiet i zamknięte trzecie oko to nawet toast wzniosę - mruknął z rozbawieniem, starając się przybrać na tyle nieprzenikniony wyraz na zblazowanej twarzy, by nie ogłaszać na tym poligonie pożądania, jakim była jego morda, że owszem, poszedł szukać pocieszenia u Loretty, kiedy myślał, że zabił Donalda, i chyba był wtedy całkiem bliski płaczu - i to nie między jej udami, a po prostu dlatego, że jak myślał o utracie wolności na rzecz dożywocia w Azkabanie, to czuł, że traci zmysły - nie pamiętał, tak szczerze: za bardzo wtedy dysocjował. Not his proudest moment.
Przejechał ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć z niej zmęczenie, i zagonić rozbiegane myśli z powrotem do okowów swojej czaszki, ale ten gest nie był bynajmniej wyrazem frustracji - na ustach zaigrał mu słaby uśmiech, kiedy Rookwood wybuchł gromkim śmiechem na jego rewelacje. Touché, musiał przyznać, kiedy mężczyzna z niego zakpił, ale czuł, że właśnie to potrzebował usłyszeć. Lubił szczerość.
- Może i wiedziałem. Ale była moją kurwą - odpowiedział mu gładko, kompletnie szczerze zresztą. To wszystko było takie pokrętne... Był jednak absolutnie poważny, kiedy otworzył znów usta. - Słuchaj, byłeś kiedyś religijny? Kiedykolwiek siedziałeś na sabacie w skupieniu, i czułeś coś? Bo ja nigdy nie wierzyłem w żadną siłę wyższą, po co, kiedy wiem, że kelner za cztery minuty przewróci się, idąc do stolika w rogu, za dwa dni paczka papierosów wpadnie ci do fontanny w ministerstwie, a za cztery, będę musiał znowu wyciągać Dianę z aresztu? Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, że nie ma w życiu nic... świętego? - wyrzucił z siebie tę tyradę skonfliktowanych uczuć półgłosem, nachylając się nad stołem, tak by żadne słowo nie dotarło do niepowołanych uszu. Nikt nie musiał wiedzieć, że konwersację, o której wspominał, odbyli czyszcząc różdżki z krwi jakichś mugolaków zabitych na rozkaz Czarnego Pana.
- Ale z nią, to było święte. - zakończył twardo. - Cholera, dalej jest. Ja się nie zawiodłem, Albercik - ja zgłupiałem.
Oparł się z powrotem o krzesło, i uniósł lekko dłoń, jakby chciał przeprosić za grad gniewnych słów, który padł z jego ust, teraz wykrzywionych lekko jakby w obrzydzeniu wobec własnego braku opanowania. Miłość do Loretty była niekiedy równoznaczna z nienawiścią. Wychylił kieliszek wina jednym haustem, i wsłuchał się w dalsze słowa Rookwooda. Dźgnął palcem powietrze, w trakcie jego wywodu, jakby chciał podkreślić swoją niemą zgodę na słowa "nie są tego warte"... Chociaż, Alexander nie ograniczyłby się w tym stwierdzeniu do kobiet. Większość ludzi była dla niego gówno warta.
- Nie musi być dobrą kobietą, wystarczy, że jest moją żoną - odpowiedział znacząco. - Dlatego tak zesrałem się o ten pojedynek. Co za farsa. - Akurat rozbrzmiał dramatyczny łoskot tłukących się talerzy w tle. Biedny ten kelner.
Przejechał ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć z niej zmęczenie, i zagonić rozbiegane myśli z powrotem do okowów swojej czaszki, ale ten gest nie był bynajmniej wyrazem frustracji - na ustach zaigrał mu słaby uśmiech, kiedy Rookwood wybuchł gromkim śmiechem na jego rewelacje. Touché, musiał przyznać, kiedy mężczyzna z niego zakpił, ale czuł, że właśnie to potrzebował usłyszeć. Lubił szczerość.
- Może i wiedziałem. Ale była moją kurwą - odpowiedział mu gładko, kompletnie szczerze zresztą. To wszystko było takie pokrętne... Był jednak absolutnie poważny, kiedy otworzył znów usta. - Słuchaj, byłeś kiedyś religijny? Kiedykolwiek siedziałeś na sabacie w skupieniu, i czułeś coś? Bo ja nigdy nie wierzyłem w żadną siłę wyższą, po co, kiedy wiem, że kelner za cztery minuty przewróci się, idąc do stolika w rogu, za dwa dni paczka papierosów wpadnie ci do fontanny w ministerstwie, a za cztery, będę musiał znowu wyciągać Dianę z aresztu? Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, że nie ma w życiu nic... świętego? - wyrzucił z siebie tę tyradę skonfliktowanych uczuć półgłosem, nachylając się nad stołem, tak by żadne słowo nie dotarło do niepowołanych uszu. Nikt nie musiał wiedzieć, że konwersację, o której wspominał, odbyli czyszcząc różdżki z krwi jakichś mugolaków zabitych na rozkaz Czarnego Pana.
- Ale z nią, to było święte. - zakończył twardo. - Cholera, dalej jest. Ja się nie zawiodłem, Albercik - ja zgłupiałem.
Oparł się z powrotem o krzesło, i uniósł lekko dłoń, jakby chciał przeprosić za grad gniewnych słów, który padł z jego ust, teraz wykrzywionych lekko jakby w obrzydzeniu wobec własnego braku opanowania. Miłość do Loretty była niekiedy równoznaczna z nienawiścią. Wychylił kieliszek wina jednym haustem, i wsłuchał się w dalsze słowa Rookwooda. Dźgnął palcem powietrze, w trakcie jego wywodu, jakby chciał podkreślić swoją niemą zgodę na słowa "nie są tego warte"... Chociaż, Alexander nie ograniczyłby się w tym stwierdzeniu do kobiet. Większość ludzi była dla niego gówno warta.
- Nie musi być dobrą kobietą, wystarczy, że jest moją żoną - odpowiedział znacząco. - Dlatego tak zesrałem się o ten pojedynek. Co za farsa. - Akurat rozbrzmiał dramatyczny łoskot tłukących się talerzy w tle. Biedny ten kelner.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat