Poruszył lekko brwiami w górę, obrócił na bok głowę, jakby ta rewelacja, którą przedstawił Stewart była rewelacją, która przekraczała jego zdolności zniesienia tego. Nie przekraczała. Ku swojemu własnemu zdziwieniu widział tę sprzeczkę, ciężko było nie - zamieszanie wokół tego powstało nie małe. A jeszcze ta dwójka rzucała się w oczy. Wyglądali prawie jak bezdomni, którzy zostali akurat rzuceni koło jednego z dżentelmenów i resztę towarzystwa czarodziejskiego, które uważało samych siebie za poważanych i szanowanych. Dopiszcie do tego gromadkę dzieci i dostaniecie scenę rodem z teatru. Jakiegoś bardzo współczesnego teatru, który wybrał akurat granie komedii.
- Zabawię go opowieściami o upadku rodu Rookwoodów. - Odparł gładko na ostrzeżenie, że mężczyzna będzie jutro o nich pytał. Tak, pewnie będzie. Pracując w Ministerstwie ciężko było nie być przyzwyczajonym do ludzi z kijami w tyłkach, ale ten w kiju Chestera zawstydzał je wszystkie. Albo to jego tyłek zawstydzał. Pewnie oba. - Dzięki. Odpłacę później. - W bliżej niezidentyfikowany sposób, bo to nie tak, że się z Patrickiem rozliczał na przysługi czy coś takiego. Zwyczajnie był wdzięczny, że był w stanie "przymknąć oko" na ten moment na pewną niewygodną rewelację. I na to, że Cain chciał tę dwójkę posłać... gdziekolwiek, byle nie w ramiona diabła. - Dokumentów też bym nie szukał. - Niestety dla samego Edga nie było żadnego znaku, żadnego mrugnięcia, żadnego gesty czy znaku dłonią. W ogóle niczego nie było. Nieprzenikniona twarz i spojrzenie Caina, który przestał się uśmiechać przesunęło się znów na Edga to na jego towarzyszkę - Jane. Czy to było jej prawdziwe imię? To jedna z tych głupszych? O głupotę tutaj można było też podejrzewać samego Flynna, ale z drugiej strony - niewiedza, och, błogosławiona niewiedzo, która pozwalasz na więcej... Ciekawe, czy obrabowaliby każdego, kto by im się nawinął. Niby ciekawe - ale niekoniecznie istotne. Istotne było to, żeby tego NIE robili.
- Zapraszam. - Wskazał gest dłonią na bok, tak całkiem pokazowo wyciągając różdżkę - bo zamierzał iść za nimi, skoro już kierunek im pokazał. Chciał z nimi odejść poza tłoczny teren samej Lithy. Spoglądając tylko na moment na grajków, bo ostatnie w tym momencie, o czym myślał, to to, żeby pójść tańczyć. Niekoniecznie był z niego zapalony miłośnik tańców w ogóle. - Stop. - Zawyrokował, kiedy odeszli już na bok. - Zróbcie sobie dużą przysługę i się stąd zmyjcie. - Przesuwał wzrok od jednego do drugiego. Potem powie: ale panie Rookwood, mieli przewagę liczebną! No przecież się zgadzało, prawda? Nie było ważne w to, jak bardzo Chester uwierzy, może zapomni o temacie (wątpił). Gość był jak wściekła cziłała, która gotowa była szarpać zębami twoją nogawkę dopóki nie dostała czego chciała. Pewnie można o nim pomyśleć dostojniej, ale Cain chuja kładł na te dostojności rodów czystej krwi.