Pamięć z czasem ulatywała, wspomnienia stawały się mniej ostre. Ale były takie chwile w życiu każdej osoby, które były na kartach pamięci wyryte nożem aż do krwi – część z tego była bolesna, część całkowicie przyjemna. Victoria nie wiedziała co i ile dla Laurenta znaczyła Marsylia, nie wiedziała o jego bólu o ile ten w ogóle istniał. Ta dwudniowa wycieczka miała być… ucieczką od codzienności, odetchnięciem, nie zaś kłującym w serce przypomnieniem. Wiedziała, że Laurent wiele rzeczy jej nie mówi, ale akceptowała to, tak zwyczajnie. Uznawała, że jeśli kiedyś będzie chciał się czymś podzielić, to to zrobi – tak samo jak ona, jeśli będzie gotowa, to powie, o ile w ogóle tajemnica będzie należała do niej.
Tak, Laurent dla niej zawsze tak wyglądał, ale nawet ona zauważyła, że ostatnio to jadał jak wróbelek i że trzeba mu czasem o tym przypominać. Była na tym polu hipokrytką, bo co z nią? Sama zapominała o jedzeniu. Żołądek jej się ściskał mocno i zapominała o Bożym świecie, skupiona na poszukiwaniu odpowiedzi, a później po prostu na tym, by nie zatonąć, bo jej życie to była równia pochyła. A obecnie to dosłownie ślizgała się w dół i to też była dla niej ucieczka, żeby sobie wszystko poukładać. Wiedziała za to, że nie chce ani sobie ani Laurentowi psuć tego wyjazdu.
– To najważniejsze – uśmiechnęła się do niego, robiąc w myślach notatkę, by za jakiś czas posłać mu znowu jakieś czekoladki, by miał zapas. Te darowane smakowały o niebo lepiej niż kupione samemu, coś o tym wiedziała, w końcu wampir znosił jej sporo słodyczy i z każdych cieszyła się równie mocno. Bo były prezentem, myślą, która popchnęła do zakupu, nawet czegoś małego. Pytanie Laurenta lekko ją zaskoczyło i oderwała na moment spojrzenie od filiżanki z kawą, przyglądając mu się badawczo. Skąd to pytanie? Ale tak po prawdzie czy go sobie w małżeństwie wyobrażała… To niespecjalnie. Tryb życia jaki prowadził daleki był od domu i rodziny jaką miało się zbudować z drugą osobą, choć być może gdyby jego żonie to nie przeszkadzało… Ile wtedy byłoby z tego faktycznego małżeństwa, a ile sprawiania pozorów? Chyba wszystko zależało od dwójki ludzi tak po prawdzie. Ale nie potrafiła go sobie wyobrazić jako męża. – Nie bardzo – odpowiedziała po chwili widocznego zawahania, w którym musiała się zastanowić nad odpowiedzią. I ostatecznie odpowiedziała zgodnie ze swoim sumieniem, a nie z być może odpowiedzią jaką powinno się udzielić w towarzystwie. Sama o swoim małżeństwie wolała nie myśleć, bo jeśli źle pójdzie, to do końca życia zostanie starą panną. Pal licho nawet dzieci, nie chciała się przekonywać ani testować, czy jej wypełnione energią Limbo ciało było w stanie w ogóle donosić ciążę, nie była to w żaden sposób zachęcająca perspektywa i było to w ogóle gdzieś na szarym końcu jej priorytetów. Zaś fetyszysta, albo ktoś, komu nie przeszkadzałoby jej zimno… Victoria w ogóle o tym nie myślała. Jej egzystencja nie krążyła wokół seksu, liczyło się dla niej coś znacznie więcej, chociaż czasami, rzadko bo rzadko, ale jej myśli krążyły wokół tej przedziwnej rozmowy, jaką w kwietniu stoczyła z Saurielem, a która skończyła się na „no jakbyś chciała/chciał spróbować, to powiedz”. Była jednak daleka od traktowania ludzi przedmiotowo w ten sposób, bo były ważniejsze sprawy, naprawdę. – Nigdy nie jawiłeś mi się jako ktoś, kogo ciągnie do ustatkowania się – dodała po krótkiej chwili.