08.12.2023, 11:15 ✶
Nawiedziło go to potworne, duszące ukłucie poczucia winy, rozchodzące się po ciele o wiele szybciej niż ciepło wypitego przed momentem alkoholu. Położył się za Alexandrem, objął go rękoma, przycisnął do siebie, ale już teraz wiedział, że choćby i spróbował odłożyć to na później, temat wróci o wiele szybciej i mocniej, niż teraz. Pewność nieuniknionego niestety nie dodawała aż tyle odwagi, żeby wyznać swoje grzechy tak po prostu, nic tutaj przecież nie było proste ani możliwe do wyjaśnienia jednym słowem lub zdaniem. On sam sobie nie potrafił niektórych rzeczy i zachowań wytłumaczyć, a co dopiero kiedy miał się dzielić z kimś, przy kim ze względu na wiszące w powietrzu napięcie powinien rozsądniej dobrać sposób przekazu.
Teraz albo nigdy.
- Al... - zaczął i od razu urwał, bo planował powiedzieć to niby takim szeptem, z przynajmniej dozą pewności siebie, a wyszło mu jak wtedy, kiedy się zwijał na podłodze próbując opowiedzieć mu o tym dlaczego uciekł od Fontaine. Przełknął ślinę, bo teraz nie dość, że teraz już było wiadomo o potrzebie kontynuacji tej historii, to się zrobił czerwony i znowu nic mu przez gardło przeleźć nie chciało. Ale powinno. Wiedział o tym przecież. Ten człowiek naprzeciwko niego to nie był ktoś, kogo powinien się bać, to nie w nim leżał wieczny problem - to Flynn stanowił ten skurwiały element, a kamieniem ciągnącym go w dół rzeki była jego własna przeszłość.
Bycie z kimś, kto cię rani, przez kogo doświadczasz regularnej krzywdy, to nie było dla niego coś obcego. Jeszcze cztery lata temu stanowiło to dla niego normę, codzienność. I teraz zastanawiał się, czy to możliwe, że ona czuła wtedy to samo?
Nie.
I to mu chyba dodało jakiejś resztki odwagi w tym, że może i był durny jak but, ale przynajmniej przeciwieństwie do niej był jeszcze człowiekiem.
- Al obiecaj mi, że jak ci to wszystko powiem, to stąd nie wyjdziesz - szepnął. Zostanie tutaj samemu było najgorszą formą kary, jaką potrafił sobie wyobrazić. Nienawidził kiedy ktoś przerywał z nim dotyk. - Kocham cię - mówił to już tylu osobom, że waga tego słowa się trochę skurczyła, ale faktycznie nie było w tym nieszczerości - możesz mi zaufać i wrócę - bo to nie o to przecież chodziło. - Tę książkę dostałem od swojego byłego chłopaka. I wciąż go lubię. Bałeś się że to powiem?
Teraz albo nigdy.
- Al... - zaczął i od razu urwał, bo planował powiedzieć to niby takim szeptem, z przynajmniej dozą pewności siebie, a wyszło mu jak wtedy, kiedy się zwijał na podłodze próbując opowiedzieć mu o tym dlaczego uciekł od Fontaine. Przełknął ślinę, bo teraz nie dość, że teraz już było wiadomo o potrzebie kontynuacji tej historii, to się zrobił czerwony i znowu nic mu przez gardło przeleźć nie chciało. Ale powinno. Wiedział o tym przecież. Ten człowiek naprzeciwko niego to nie był ktoś, kogo powinien się bać, to nie w nim leżał wieczny problem - to Flynn stanowił ten skurwiały element, a kamieniem ciągnącym go w dół rzeki była jego własna przeszłość.
Bycie z kimś, kto cię rani, przez kogo doświadczasz regularnej krzywdy, to nie było dla niego coś obcego. Jeszcze cztery lata temu stanowiło to dla niego normę, codzienność. I teraz zastanawiał się, czy to możliwe, że ona czuła wtedy to samo?
Nie.
I to mu chyba dodało jakiejś resztki odwagi w tym, że może i był durny jak but, ale przynajmniej przeciwieństwie do niej był jeszcze człowiekiem.
- Al obiecaj mi, że jak ci to wszystko powiem, to stąd nie wyjdziesz - szepnął. Zostanie tutaj samemu było najgorszą formą kary, jaką potrafił sobie wyobrazić. Nienawidził kiedy ktoś przerywał z nim dotyk. - Kocham cię - mówił to już tylu osobom, że waga tego słowa się trochę skurczyła, ale faktycznie nie było w tym nieszczerości - możesz mi zaufać i wrócę - bo to nie o to przecież chodziło. - Tę książkę dostałem od swojego byłego chłopaka. I wciąż go lubię. Bałeś się że to powiem?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.