Brenna zachowywała się w stosunku do Rudej niczym prawdziwa matka, strasznie ją to bawiło, bo nie spodziewała się, że ich relacja tak szybko będzie tak bardzo zażyła. Jak widać praca potrafiła przynosić wiele innych korzyści poza pieniędzmi. Tak, to nigdy nie poznałaby Brenny, która stała się jej wzorem do naśladowania.
- Zawsze z tyłu, pilnuj pleców, ech. - Pozwoliła sobie nieco pomarudzić na swoją sytuację. Niby wiedziała, z czego to wynika, co wcale nie oznaczało, że to w pełni akceptowała. Nie chciała też ukrywać swojej opini. Ileż można być tylko wsparciem.
Oczywiście jednak zrobiła to, co mama nakazała. Stała za nią, trzymając w ręku różdżkę, gotowa zareagować, jeśli tylko nadejdzie taka potrzeba.
Na podłodze dostrzegła rubiny, lśniły pięknie, aż chciało się ich dotknąć. Zbliżyła się nawet do nich o krok. Miały piękny kolor, niemalże taki jak krew.
Jej uwagę od kamieni odwróciło lumos rzucone przez partnerkę. - Myślałam, że nie żyje. Jednak nie jest źle. - Klątwę zawsze można było zdjąć, do życia by go jednak nie przywrócili.
Wróciła na balkon, żeby wezwać wsparcie, wychyliła się przez balustradę, żeby poszukać wzorkiem Apolla i jego kolegi, dalej nie mogła zapamiętać, jak się nazywa. - Chłopaki, sprawa jest, ogarnijcie nam klątwołamacza i jakiegoś uzdrowiciela, najlepiej na już. - Upewniła się, że usłyszeli i ruszyli po pomoc, po czym wróciła do Brenny. Zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu drzwi, jednak ich nie było. Postanowiła rzucić zaklęcie, żeby zobaczyć, czy nic się tutaj gdzieś nie chowa. Mruknęła cicho zaklęcie pod nosem.
Sukces!
Rozpraszanie magii