Robił to świadomie? Podzielił ich kawałek czasu, ale niektóre rzeczy się nie zmieniały. Nie zmienił się też jego uśmiech. Taki delikatny, jakby stanowił klucz do nieba. Do rozłożenia skrzydeł, żeby wzbić się pod firmament. Bramą były jego oczy - nieskończenie niebieskie, zazwyczaj uważne i niekoniecznie spoglądające na świat z taką aprobatą i drobiną umiłowania, jak wpatrywały się teraz w niego. To było miłe, bo przecież człowiek czuł się chociaż przez chwilę kimś wyjątkowym. Chociaż przez moment miałeś wrażenie, że ten kawałek serca w twoich dłoniach coś znaczy... a znaczył coś? Cokolwiek? Wszystko zawsze ograniczało się do tego samego - odrobina fizycznych uczuć, uniesień, żeby zmyć z siebie to jeszcze tego samego dnia, wieczoru, nocy. Wybierz, co ci pasuje. Więc ile znaczyło to dla Leviathana? Nie zapytał kiedyś, bo kiedyś go nawet to nie do końca interesowało. Dawali sobie wzajem tyle, ile potrzebowali. Proszenie o więcej było równoznaczne z tym, że sięgasz po jakąś stałość. Próba związania Leviathana w stałość było jak wsunięcie skowronka do złotej klatki. Umilisz mu życie, a on tobie, czasem zostanie wypuszczony, polata, ale złoty łańcuszek zawsze będzie go ograniczał i ciągnął w tę samą stronę. Leviathan zaś nie był w niczym do skowronka podobny. Zniszczyłby tę klatkę i oderwał łańcuszek. A może nie? Może go przeceniał, albo właśnie - nie doceniał? Kwestia stałości człowieka krążyła mu po głowie coraz więcej i częściej, a teraz była ulem pełnym szerszeni.
- Mogłem przynieść tomik poezji Wordsworth. Słyszę, że romantyzm cię nie opuścił. - Laurent był niepoprawnym romantykiem, bajarzem, mógł zamknąć się w najwyższej wierzy i czekać na swojego rycerza. Tylko bez smoka... ewentualnie właśnie mógłby czekać na niego. Na Smoka. Byle wtedy bez rycerza, by nie została w tej poezji uroniona ani jedna kropla krwi. Wyciągnął dłonie w jego stronę, kiedy zatrzymał się tak blisko, przesuwając na skraj fotela. Oparł palce na jego tułowiu, nieco powyżej bioder, zadzierając głowę, by nie spuszczać oczu z tej nieziemsko przystojnej twarzy. Gdy Bóg tworzył archanioła Michaela pewnie miał w wyobraźni taką twarz. Jego twarz. Smok, bestia z legend lewiatan, czarodziej z mrocznym znakiem na przedramieniu. Dopiero kiedy się pochylił ich twarze znalazły się prawie na tym samym poziomie. Prawie. W końcu jego wisiała w zasadzie nad jego. - Myślę, że jeszcze parę chwil i upijesz mnie swoją obecnością. - Specyficzny, ale teraz o wiele lżejszy po zrzuceniu z siebie ochronnych ubrań, zapach siarki znowu zaswędział w nozdrza. Alkohol zdecydowanie nie był tutaj potrzebny, więc chyba... więcej by zaszkodziło niż pomogło? Nawet jeśli po alkoholu ludzie się rozluźniali. - Próbowałem sobie przypomnieć jeden z poematów, ale skutecznie mnie rozpraszasz. - Ach, a chyba o to chodziło? O rozpraszanie? Czy może sięgnięcie po to, co samemu się pragnęło?
- Nie. - Uśmiechnął się delikatnie w zaprzeczeniu na wniosek, jaki wyciągnął Leviathan i przesunął dłońmi po jego ciele, na plecy, przysuwając się nieco bliżej. - Sugeruję, że stęskniłem się za twoim pięknem i twoim zapachem. - Podobno ze wszystkiego trzeba było wybrnąć z klasą, ale to, co mówił Laurent nie było przy tym ani trochę kłamstwem. I w końcu te stworzone do pocałunków usta spotkały się z jego ustami. Laurent rozchylił nogi i przymknął oczy w cichym westchnieniu.