Nie była targana bezlitosną siłą jego mięśni; nie oponowała gorliwie teatrowi, który miał niebawem spłynąć na jego wargi na wzór upadłych arii; była wszak w tej kantyczce piekielnie dumna z samej siebie, uśmiech przywdziewając równie chętnie, co grymasy niezadowolenia, które miękko rozlewały się po spętanych milczeniem ustach, zasznurowanych nieomal. Była dziś przecież w nastroju buńczucznym i żarliwym, gotowa powiedzieć o parę słów zbyt wiele, nakarmić jego złość jeszcze silniej, prawdopodobnie cudem unikając ciosu – byli wszak na przyjęciu i już ślady półksiężyców na jej ramionach, świadczące o wbijaniu uporczywym paznokci, mogły nie umknąć bystremu spojrzeniu niektórych gości. Ona zaś przyzwalała mu na to bez zbytku szekspirowskiego dramatu czy egzaltacji, swoją agitację przemieniając w parszywy uśmiech, który coraz miłej rozgaszczał się na jej wargach. Wiedziała co Leander myśli, zdążyła rozwikłać nietrudną zagadkę jego wzburzenia.
I była z siebie niepokornie dumna.
Gdy przerzucił ją przez ramię, nie zaoponowała gorliwie, jak to miała w rutynowym zwyczaju; nie znosiła, gdy to robił, a pozbawienie gruntu pod nogami niejednokrotnie kładło się karczemną awanturą między nimi. Teraz jednak, niczym bezwolna lalka, pozwoliła zanieść się na usypaną żwirem ścieżkę, wzdłuż której biegła wstęga bogatych, jak na tę porę, w listowie konarów. Gdy kładł ją na ziemi, gdy była pewna, że oczy gości nie są na nich skupione – wówczas nie musiała odgrywać roli zrozpaczonej, wiernej narzeczonej – skrzyżowała ramiona na piersi, w geście naturalnie ofensywnym.
– Naturalnie, że jestem – rzekła głosem pewnym siebie, zawierającym solidne podszycie szydercze – kąciki jej ust prędko poszybowały w górę.
Coś w niej drgało, coś nie dawało spokoju i gdy tylko ujrzała tę papierośnicę, przeklęty znak świadczący o fakcie, iż nie jest niezastąpiona, pewna struna pękła. Wzięła głęboki wdech; o wiele za głęboki i uniosła dłoń, jakby chciała go uderzyć, zamiast tego jednak, wytrąciła mu prędkim ruchem przedmiot z dłoni, patrząc, jak ten się toczy po żwirze.
– Biedny Leander! Zna mnie od lat, a jeszcze się nie nauczył, że to lubię. Lubię, obrzydliwie lubię wzbudzać kontrowersję. Lubię, jak twoja matka na mnie krzywo patrzy i lubię, jak patrzysz na mnie tym spojrzeniem zbitego psa, zupełnie jakbyś myślał, że się nie poznałam na twojej manipulacji lata temu – rzekła głosem podniesionym, jednak nie na tyle, aby postronni mogli ją usłyszeć.
– Dalej, uderz mnie. Ciekawe jak twoja matka zareaguje na śliwę pod okiem. Nie chcę już widzieć tej papierośnicy. Jeśli chociaż raz ją zobaczę, wrzucę ją do kominka albo spalę własnoręcznie – wysyczała wzburzona.
Obudził się w niej ten demon, którego tak lubił Borgin i który tak rzadko wyplątywał się z klatki płuc. Nie spoczął on na obliczu w pełni okazałości, jednak tnące spojrzenie Lestrange, wyrażało absolutnie wszystko.