08.12.2023, 19:24 ✶
Płomienie milcząco ukłoniły jej się, lecz tylko jeden uniósł się ku niebu, migocząc na końcu jak maleńki diament. W ową chwilę ogarnął ją spokój, acz w duszy drgnęła delikatna nuta rozczarowania, gdy uświadomiła sobie, że w najbliższych chwilach czekać ją mogła jedynie zwyczajność.
Jakby tego wcale nie wiedziała.
Traciła tu czas, a przecież w tym samym momencie mogłaby siedzieć w warsztacie i pracować nad zaległymi projektami. Zasiadłaby przy biurku, aż gwiaździsty mrok otuliłby ją swym atramentowym płaszczem, ranek powitałby ją powietrzem dziwnie cierpkim i rześkim. Z szelestu arkuszy, z nieskończonego kartkowania papierów wyrastałaby kratkowana i pełna egzystencja tego pokoju, a z nieustannego przekładania plików odnawiałaby się w powietrzu z niezliczonych nagłówków naukowych apoteoza jej istnienia.
Ale znajdowała się tutaj, uwięziona w rozczarowaniach własnego umysłu, w miejscu gdzie w powietrzu unosił się zapach magicznych, nęcących ziół, a melodia zapomnianych pieśni napływa jak fala mistycznego zaklęcia. Oderwała spojrzenie od płomieni, zerkając ukradkowo w kierunku Sary i Leviathana. Stali w zasięgu wzroku, ale nie zamierzała do nich podchodzić, ani się z nimi witać. Jej dłoń bezwiednie powędrowała do bransolety, która oplatała jej nadgarstek. Czy Leviego również? Tego nie wiedziała.
Zdjęła ją, badając palcami chropowatą teksturę, tak jakby wcale sama jej nie wystrugała, tak jakby sama nie wybierała drewna, a w rękach wylądowała po raz pierwszy. Niewielu rzeczy w życiu żałowała, na pewno nie ze swoim napęczniałym ego i umysłem nie przepadającym za wewnętrzną refleksją, ale tego właśnie tworu - "dowodu" przyjaźni jaki wyskrobała pod wpływem dziwnej emocji rozrzewnienia, żałowała. I może w prastarej magii Lithy coś faktycznie drzemało i słuchało zarówno myśli jak i emocji nią targających, bo całkiem nagle poczuła impet uderzenia. Niekoniecznie silnego, ale rozkojarzoną Septimę pozbawiło to balansu oraz kończynowej koordynacji. W rezultacie, trzymaną bransoletkę opuściła na ziemię. Słów przeproszenia nie usłyszała, bo okrąglak poturlał się w kierunku jądra płomienia, zatrzymując się w popiołowych trocinach. Lada moment pożreć go miał ogień, a na to Ollivanderówna pozwolić nie mogła... prawda?
Jakby tego wcale nie wiedziała.
Traciła tu czas, a przecież w tym samym momencie mogłaby siedzieć w warsztacie i pracować nad zaległymi projektami. Zasiadłaby przy biurku, aż gwiaździsty mrok otuliłby ją swym atramentowym płaszczem, ranek powitałby ją powietrzem dziwnie cierpkim i rześkim. Z szelestu arkuszy, z nieskończonego kartkowania papierów wyrastałaby kratkowana i pełna egzystencja tego pokoju, a z nieustannego przekładania plików odnawiałaby się w powietrzu z niezliczonych nagłówków naukowych apoteoza jej istnienia.
Ale znajdowała się tutaj, uwięziona w rozczarowaniach własnego umysłu, w miejscu gdzie w powietrzu unosił się zapach magicznych, nęcących ziół, a melodia zapomnianych pieśni napływa jak fala mistycznego zaklęcia. Oderwała spojrzenie od płomieni, zerkając ukradkowo w kierunku Sary i Leviathana. Stali w zasięgu wzroku, ale nie zamierzała do nich podchodzić, ani się z nimi witać. Jej dłoń bezwiednie powędrowała do bransolety, która oplatała jej nadgarstek. Czy Leviego również? Tego nie wiedziała.
Zdjęła ją, badając palcami chropowatą teksturę, tak jakby wcale sama jej nie wystrugała, tak jakby sama nie wybierała drewna, a w rękach wylądowała po raz pierwszy. Niewielu rzeczy w życiu żałowała, na pewno nie ze swoim napęczniałym ego i umysłem nie przepadającym za wewnętrzną refleksją, ale tego właśnie tworu - "dowodu" przyjaźni jaki wyskrobała pod wpływem dziwnej emocji rozrzewnienia, żałowała. I może w prastarej magii Lithy coś faktycznie drzemało i słuchało zarówno myśli jak i emocji nią targających, bo całkiem nagle poczuła impet uderzenia. Niekoniecznie silnego, ale rozkojarzoną Septimę pozbawiło to balansu oraz kończynowej koordynacji. W rezultacie, trzymaną bransoletkę opuściła na ziemię. Słów przeproszenia nie usłyszała, bo okrąglak poturlał się w kierunku jądra płomienia, zatrzymując się w popiołowych trocinach. Lada moment pożreć go miał ogień, a na to Ollivanderówna pozwolić nie mogła... prawda?