08.12.2023, 20:24 ✶
Westchnęła. Miał trochę racji - sama nie lubiła być zbywana w ten sposób i tak często, ale na litość, wiedział doskonale, gdzie pracuje i jaki charakter ma jej praca. Z drugiej strony zachowywał się teraz jak kompletny cham, miała ochotę strzelić mu w pysk za to, co właśnie wyczyniał, ale z trzeciej: widziała, jak bardzo cierpi. Paliła więc tego papierosa, nie odczuwając już go tak intensywnie, jak tego pierwszego. To dobrze, bo zdecydowanie potrzebowała teraz wypalić go w całości. I może jeszcze dwa kolejne.
Camille przeniosła ciężar ciała na prawą nogę i westchnęła po raz kolejny. Theon opisał jej pokrótce w liście, co się stało. Nie mogła go zignorować w takim momencie, zwłaszcza że zdawał się być naprawdę zdesperowany. Rzuciła tylko tęskne spojrzenie w stronę namiotów, a potem przerzuciła spojrzenie na Yaxleya.
- Wiem, wybacz. Nie robię tego celowo - powiedziała miękko, łagodząc trochę spojrzenie. - Dobrze, odejdźmy trochę i postaram ci się pomóc doraźnie, w porządku?
Empatia jako taka była wpisana w jej zawód - i chociaż Delacour uodporniła się w znacznym stopniu na cierpienie pacjentów, to jednak nie mogła zignorować faktu, że Theon nie chodziłby za nią, gdyby naprawdę nie był zdesperowany. Musiał naprawdę cierpieć. Powstrzymała jednak odruch wyciągnięcia dłoni do Yaxleya, domyślając się, że mógłby to źle zrozumieć lub po prostu nie życzyć sobie dotyku. Nie każdy go lubił. Wskazała mu tylko głową miejsce, gdzie było zdecydowanie mniej ludzi, a potem sama ruszyła w tamtym kierunku.
- Byłeś dość enigmatyczny w swoim liście, lecz z tego co zaobserwowałam w Mungu, nie jesteś pierwszym takim przypadkiem, więc mam pojęcie, co się stało - powiedziała, zbliżając się na niebezpieczną odległość do Theona. Nie chciała naruszać jego przestrzeni osobistej, lecz musiała. Wszystko po to, by kręcące się wokół osoby nie podsłuchały tego, o czym do niego mówiła. Nie potrzebowali plotek - i chociaż byli nieco na uboczu, a wokół panował gwar, to wciąż ktoś niepowołany mógł podsłuchać o czym rozmawiają. - Mogę się jedynie domyślać, co czujesz. Musisz mi dokładnie opowiedzieć, co się stało na Beltane. Czy rytuał został dopełniony? Co się stało później? Dlaczego dopiero od kilku dni próbujesz się ze mną skontaktować? Czy oprócz... Nienazwanych uczuć, jak to określiłeś, odczuwasz coś jeszcze? Jakiekolwiek dolegliwości? Duszność? Kaszel? Chęć pozbawienia siebie lub kogoś życia?
Starała się zadawać mu rzeczowe pytania. I jak bardzo by chciała odpowiedzieć mu od razu na list, tak po prostu nie mogła tego zrobić. Najpierw musiała zrozumieć istotę problemu, poznać ją dogłębnie, by udzielić mu wskazówki, dzięki której być może będzie trochę lepiej. W Mungu zajmowali się klątwą, która dotknęła niektórych uczestników Beltane. Lecz do każdego przypadku podchodzili trochę inaczej. Nie było tu jednej jedynej recepty na tę "dolegliwość".
Camille przeniosła ciężar ciała na prawą nogę i westchnęła po raz kolejny. Theon opisał jej pokrótce w liście, co się stało. Nie mogła go zignorować w takim momencie, zwłaszcza że zdawał się być naprawdę zdesperowany. Rzuciła tylko tęskne spojrzenie w stronę namiotów, a potem przerzuciła spojrzenie na Yaxleya.
- Wiem, wybacz. Nie robię tego celowo - powiedziała miękko, łagodząc trochę spojrzenie. - Dobrze, odejdźmy trochę i postaram ci się pomóc doraźnie, w porządku?
Empatia jako taka była wpisana w jej zawód - i chociaż Delacour uodporniła się w znacznym stopniu na cierpienie pacjentów, to jednak nie mogła zignorować faktu, że Theon nie chodziłby za nią, gdyby naprawdę nie był zdesperowany. Musiał naprawdę cierpieć. Powstrzymała jednak odruch wyciągnięcia dłoni do Yaxleya, domyślając się, że mógłby to źle zrozumieć lub po prostu nie życzyć sobie dotyku. Nie każdy go lubił. Wskazała mu tylko głową miejsce, gdzie było zdecydowanie mniej ludzi, a potem sama ruszyła w tamtym kierunku.
- Byłeś dość enigmatyczny w swoim liście, lecz z tego co zaobserwowałam w Mungu, nie jesteś pierwszym takim przypadkiem, więc mam pojęcie, co się stało - powiedziała, zbliżając się na niebezpieczną odległość do Theona. Nie chciała naruszać jego przestrzeni osobistej, lecz musiała. Wszystko po to, by kręcące się wokół osoby nie podsłuchały tego, o czym do niego mówiła. Nie potrzebowali plotek - i chociaż byli nieco na uboczu, a wokół panował gwar, to wciąż ktoś niepowołany mógł podsłuchać o czym rozmawiają. - Mogę się jedynie domyślać, co czujesz. Musisz mi dokładnie opowiedzieć, co się stało na Beltane. Czy rytuał został dopełniony? Co się stało później? Dlaczego dopiero od kilku dni próbujesz się ze mną skontaktować? Czy oprócz... Nienazwanych uczuć, jak to określiłeś, odczuwasz coś jeszcze? Jakiekolwiek dolegliwości? Duszność? Kaszel? Chęć pozbawienia siebie lub kogoś życia?
Starała się zadawać mu rzeczowe pytania. I jak bardzo by chciała odpowiedzieć mu od razu na list, tak po prostu nie mogła tego zrobić. Najpierw musiała zrozumieć istotę problemu, poznać ją dogłębnie, by udzielić mu wskazówki, dzięki której być może będzie trochę lepiej. W Mungu zajmowali się klątwą, która dotknęła niektórych uczestników Beltane. Lecz do każdego przypadku podchodzili trochę inaczej. Nie było tu jednej jedynej recepty na tę "dolegliwość".