Starała się w tym smutku nie pogrążyć, bo by już chyba całkiem przestała się o cokolwiek starać, przestałaby wstawać co rano z łóżka i po prostu spałaby, spałaby, spała… Była już na takim etapie życia, kiedy wszystko jak lawina się spierdoliło, że chyba ktoś, kto miał cały obraz sytuacji i bagna, w jakim siedziała po uszy, może mógłby stwierdzić, ze w sumie to się nie dziwi, że się poddała – ale ona się nie poddawała. Lestrange się nie poddawali. Miała swoje chwile załamania i jednej z nich Laurent był światkiem, kiedy całkowicie rozbita pojawiła się u jego progu, wyglądając gorzej niż nieszczęście. Na bogów nigdy przed nikim się taka nie pokazała, niemalże odarta ze swojej godności, jednak najwyraźniej każdy miał granicę swojej wytrzymałości, a kiedy tak wiele emocji kumulowało się w jednym czasie to nawet ktoś tak opanowany i spokojny jak Victoria mógł mieć problem, by swoje emocje schować do szafy. A Laurent? Niewiele mówił o swoich emocjach, nie miała pojęcia, co się działo, a ona niezwykła naciskać na ludzi. Nie miała pojęcia, że też się zakochał, że była to zakazana miłość i że ta osoba go kompletnie olała.
Czy wspomnienie o małżeństwie stanowiło ból? To zależy. Już dawno wyleczyła się z bólu i nieprzyjemności na wspomnienie o niedoszłym małżeństwie z Rosierem. Mogła go naprawdę nie znosić, ale nie życzyła mu źle i nie był to przyjemny temat – ale już dawno było i minęło. Nie była do niego przywiązana w żaden sposób. A to tutaj… To świeże, z Rookwoodem… Cóż znała go dużo dłużej, lepiej i w którymś momencie zaczęło jej zależeć, nie potrafiła wskazać, od którego to momentu. Odsunęła swoje emocje i ból, by po prostu zacząć działać, a nie leżeć w tym łóżku, zapłakana, na zmianę ze spaniem, by tylko nie musieć myśleć. Musiała coś zrobić. Musiała działać. I tak jak Laurentowi powiedział – nie wybaczyłaby sobie, gdyby teraz odpuściła. Może nie będzie dla niej żadnego jutra, przygotowywała się na najgorsze. Ale liczyła na najlepsze, bo w innym wypadku mogłaby już teraz się po prostu zabić i dać sobie spokój.
Mogłaby, niczym jej babcia, czekać w Limbo, aż jej bliscy do niej dołączą. Ale nie chciała. Nie uważała, że zakochanie się w kimś to coś złego. Nawet jeśli dla świata była to osoba zła czy nieodpowiednia. To był właśnie ten banał, że serce nie sługa, owszem… Ale był to też dowód, że było w stanie odczuwać uczucia wyższe. I gdy całe życie się przed tym bronisz, gdy przez całe życie serce nie biło mocniej na myśl o tej drugiej osobie, to można się było zacząć zastanawiać, czy jest ono w ogóle do tego zdolne? Było. I to zawsze uderzało w najmniej odpowiednim momencie. A już tym bardziej wtedy, kiedy wcale się tej miłości nie szukało.
Uśmiechnęła się blado i krótko na słowa Laurenta, chociaż nie od razu odwróciła wzrok. W końcu jednak spojrzenie jej ciemnych oczu spoczęło na linii morza, jaką było stąd widać.
– Nigdy nie marzyłam o ślubie i dziecku, brałam to za coś naturalnego, bo taka jest moja rola jako kobiety. Ale odkąd dowiedziałam się, że Sauriel jest wampirem, to… Zaczęłam dużo myśleć o tym, czego ja w ogóle chcę, a nie czego się ode mnie oczekuje – powiedziała po chwili, gdy już wzięła głębszy oddech i powoli wypuściła powietrze. Chyba jednak ją to wszystko trochę bolało, chociaż nie uciekła od tej rozmowy. – Wcale nie wiem, czy chcę mieć swoje dzieci. Może? – powiedziała w końcu. Nie wiedziała, naprawdę. Nie było w niej kategorycznego sprzeciwu, ale nie było też myśli, że to jej nadrzędny cel w życiu i że bez dziecka jej życie nie będzie spełnione (a niektórzy ludzie mieli tak silne poczucie macierzyństwa) i pełne. Za to potrafiła się sobie wyobrazić na ślubnym kobiercu i jako żonę, choć też wcale nie miała takiego poczucia, że musi, bo się udusi. – A może nie? – złapała za filiżankę i spojrzała w ciemny płyn. – To jej wybór, skoro nie wiesz, czy rodzice się na to zgodzą? – zapytała, przenosząc spojrzenie na Laurenta. Szczęściara – pomyślała. Szczęściara, że w tym świecie bogaczy i zakutych tradycjonalistycznych łbów udało jej się znaleźć kogoś, kogo pokochała i kto pokochał ją. – A myślisz, że jest szansa, że go nie dadzą? – pewnie zależało od tego, kto to w ogóle był. Victoria po części poczuła ukłucie zazdrości, bo to nie było sprawiedliwe; jedni mieli wolną rękę tyle lat, mogli sami znaleźć miłość, a drugich zmuszano wbrew ich woli. – Złóż jej ode mnie gratulacje w takim razie – sama Pandory nie znała, jakoś ich drogi nigdy się nie przecięły… aż do zdarzenia za trzy dni, jednak nie było co wybiegać w niedaleką przyszłość. – Ja pewnie nieprędko wyjdę za mąż. O ile w ogóle – stwierdziła i napiła się ze swojej filiżanki. A jej słowa miały drugie dno, bardzo smutne i wcale nie tak odległe, jeśli będzie miała prawdziwego pecha. – W każdym razie to będzie tylko mój wybór. Rodzina może mnie wypalić z gobelinu, mam to gdzieś. Ale trzeci raz mnie w żadne aranżowane małżeństwo nie wrobią, po moim trupie – za wiele ją to kosztowało. I nie zamierzała tego przechodzić po raz trzeci, obiecała to sobie już dawno, gdzieś przy początkach znajomości z Saurielem – że jeśli jakimś cudem coś pójdzie nie tak, to to jest ostatni raz jak jej rodzina miesza się w jej sprawy sercowe (i łóżkowe). – I każdemu radziłabym to samo – a była prawdziwą weteranką…