09.12.2023, 00:07 ✶
Komplement łatwiej byłoby zrzucić na spinkę. I innego dnia, Ulysses na pewno przytaknąłby, że rzeczywiście, Danielle miała bardzo ładną spinkę. Zabrzmiałoby dość niezręcznie, ale w jego przypadku niezręczność nie była niczym szczególnym. A potem zapytałby, niby przypadkiem, czy przyszła sama, żeby wybadać, czy gdzieś w tłumie nie czaił się Samuel Kozica Górska Carrow, bo jeśli się czaił to powinien zaproponować, że odprowadzi ją do niego.
Tyle, że dzisiaj wcale nie chciał wiedzieć, czy Carrow gdzieś tam był i – tym bardziej – nie chciał jej do niego odprowadzać. Może to była kwestia wianka na głowie, może pomyślnej wróżby a może tęsknoty, ale chciał ją zatrzymać dla siebie. Na chwilę. Na dłużej.
- Nie, to nie przez spinkę – zaprzeczył. Zachodził przy tym w głowę, czy powinien dodać, że spinka oczywiście była ładna. Tak pewnie by wypadało, ale nie spinkę próbował skomplementować.
A potem patrzył jak Danielle witała się Cathalem i Letą, zdając sobie sprawę, że była to akurat ta dwójka ludzi, którym naprawdę mógł ją przedstawić. Śledził z napięciem gesty i słowa, które wymieniali. Chciał, żeby się zaakceptowali. Zwłaszcza Danielle i Cathal (Leta też, ale Leta zawsze była jednak bardziej z boku, dopisana do Shafiqa jak fatum).
- Adoptowałem go – odpowiedział na pytanie o psa. Nawet nie przeszło mu przez głowę, że mógłby poszukać zwierzęciu lepszego właściciela, choć w sumie – gdy Danielle o tym wspomniała, nagle wydało mu się o wiele mądrzejszym rozwiązaniem. Tyle że uratowali go razem, ona lubiła psy, więc jakoś tak odruchowo założył, że pies powinien zostać, bo tak jakby był już ich dwójki? – Właściwie… właściwie obydwaj go zaadoptowaliśmy. Mieszka w domu Cathala, ale staram się do niego regularnie przychodzić, kupuję mu karmę, wyprowadzam. - Robię z nim te wszystkie rzeczy, które trzeba robić z psem. Mimo, że jest żywiołowy, wszystko niszczy i czasem śmierdzi. - Możemy się wymienić wiankami – zaproponował, gotów ściągnąć swój z głowy i podać go Danielle, ale zanim to zrobił, całkiem niespodziewanie – dla siebie samego, chyba wiedziony tą samą odwagą, która podyktowała mu upieranie się przy komplementowaniu uzdrowicielki a nie części jej garderoby – złapał ją za rękę. – Zostań. Jeśli chcesz. Możemy się przespacerować. Albo mogę cię zabrać do naszego psa. Albo możemy napić się kremowego piwa. – Albo mogę wziąć udział w tych durnych zabawach i mogę się ośmieszyć, bo nie jestem nawet w części tak sprawny jak kozica górska. Zrobimy to, na co będziesz miała ochotę.
Na Cathala i Letę kompletnie przestał zwracać uwagę.
Tyle, że dzisiaj wcale nie chciał wiedzieć, czy Carrow gdzieś tam był i – tym bardziej – nie chciał jej do niego odprowadzać. Może to była kwestia wianka na głowie, może pomyślnej wróżby a może tęsknoty, ale chciał ją zatrzymać dla siebie. Na chwilę. Na dłużej.
- Nie, to nie przez spinkę – zaprzeczył. Zachodził przy tym w głowę, czy powinien dodać, że spinka oczywiście była ładna. Tak pewnie by wypadało, ale nie spinkę próbował skomplementować.
A potem patrzył jak Danielle witała się Cathalem i Letą, zdając sobie sprawę, że była to akurat ta dwójka ludzi, którym naprawdę mógł ją przedstawić. Śledził z napięciem gesty i słowa, które wymieniali. Chciał, żeby się zaakceptowali. Zwłaszcza Danielle i Cathal (Leta też, ale Leta zawsze była jednak bardziej z boku, dopisana do Shafiqa jak fatum).
- Adoptowałem go – odpowiedział na pytanie o psa. Nawet nie przeszło mu przez głowę, że mógłby poszukać zwierzęciu lepszego właściciela, choć w sumie – gdy Danielle o tym wspomniała, nagle wydało mu się o wiele mądrzejszym rozwiązaniem. Tyle że uratowali go razem, ona lubiła psy, więc jakoś tak odruchowo założył, że pies powinien zostać, bo tak jakby był już ich dwójki? – Właściwie… właściwie obydwaj go zaadoptowaliśmy. Mieszka w domu Cathala, ale staram się do niego regularnie przychodzić, kupuję mu karmę, wyprowadzam. - Robię z nim te wszystkie rzeczy, które trzeba robić z psem. Mimo, że jest żywiołowy, wszystko niszczy i czasem śmierdzi. - Możemy się wymienić wiankami – zaproponował, gotów ściągnąć swój z głowy i podać go Danielle, ale zanim to zrobił, całkiem niespodziewanie – dla siebie samego, chyba wiedziony tą samą odwagą, która podyktowała mu upieranie się przy komplementowaniu uzdrowicielki a nie części jej garderoby – złapał ją za rękę. – Zostań. Jeśli chcesz. Możemy się przespacerować. Albo mogę cię zabrać do naszego psa. Albo możemy napić się kremowego piwa. – Albo mogę wziąć udział w tych durnych zabawach i mogę się ośmieszyć, bo nie jestem nawet w części tak sprawny jak kozica górska. Zrobimy to, na co będziesz miała ochotę.
Na Cathala i Letę kompletnie przestał zwracać uwagę.