09.12.2023, 00:15 ✶
Żal ściskał mi gardło. Również miałem łzy w kącikach oczu, którym nie zamierzałem pozwolić na uwolnienie się. Wszystko przez to, że ona płakała, zalewała się łzami, była zraniona przeze mnie i z tego też powodu cierpiała. Nie chciałem być tym, który będzie wywoływał w niej takie emocje, a jednak stałem się... czarnym charakterem w jej historii, który wtargnął do jej życia i jedynie namącił.
Kochałem ją, kochałem również żonę i swoje dzieci. Chciałem ją chronić przed złem tego świata, być przy niej w jej najpiękniejsze i najgorsze dni, ale musiałem też czuwać nad swoją rodziną, za którą byłem odpowiedzialny. Nie mogłem o niej zapominać, kiedy idealny świat fantazji zakrywał mi oczy pięknymi obrazami przyszłości, bo to z kolei nie byłoby odpowiedzialne. Wręcz haniebne. I zapewne z perspektywy czasu zżerałoby mnie sumienie i tęsknota, i byłbym niespokojny, nie wiedząc, co się dzieje z dzieciakami. Z Imogen. Może tak naprawdę nie przyjaźń byłaby tu doskonałym wyjściem z sytuacji, tylko powrót do marzeń, do snów bez możliwości realizacji? Do udawanego zapomnienia o sobie? Zamknięcia furtki kontaktu? ...tylko że tak cholernie nie chciałem pozwolić podobnej opcji dotrzeć do realizacji. Nie chciałem. Nie mogłem. To nie byłoby w mojej naturze, w zgodzie z moim sercem. Z uczuciami do niej.
I co dalej...? Nie mieliśmy przyszłości. Wiedziałem to bardziej jako dzieciak, młody szczypior, aniżeli teraz. Szukałem ucieczki od wymagającego życia w coś pozornie prostego, ale mogłem się sparzyć, mogłem cierpieć znacznie bardziej, kiedy uświadomię sobie, że taki skok w bok, ucieczka za granicę czy inny, jeszcze barwniejszy wymysł, będzie niósł za sobą konsekwencje. Zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne.
Mimo wszystko chciałem ją przytulić. Moje cierpienia były moimi cierpieniami. W pewnym stopniu mi się należało za to, że wtargnąłem wtedy wściekły do opuszczonej, damskiej toalety. Los mnie za to pokarał i nie nauczyłem się na błędach, robiąc kolejne niechciane wtargnięcie do apteki, w której wiedziałem aż nazbyt doskonale, że pracuje w niej Avelina... Tylko że ona była niczemu winna i chciałem ją przytulić, ale obawiałem się, że to było ostatnie, czego oczekiwała, czego mogła chcieć. Moje ramiona niczym najbardziej żrący eliksir wcale nie miały przynieść ukojenia, tylko dodatkowy ból.
Nie mówiłem nic, bo nie wiedziałem, co mogłem więcej dodać. Właściwie to wiedziałem doskonale, co mogłem powiedzieć, ale za żadne skarby tego świata nic mnie do tego nie zmusi. Nie zerwę z nią kompletnie kontaktu. Nie wyjdzie to bynajmniej z mojej inicjatywy.
Odwróciłem twarz od Aveliny żeby nic więcej mnie nie kusiło. Wpatrywałem się beznadziejnie w bok, na spokojną taflę wody. W tej chwili nienawidziłem tego, w jaki sposób odbijała promienie słoneczne. Mieniła się złociście, spokojnie i leniwie. Ponadczasowo. Nasze rozterki nie robiły na niej jakiegokolwiek wrażenia.
Przerwałem swój marazm dopiero wtedy, kiedy usłyszałem jej jęknięcie i zaraz przeklęcie. Nie musiałem mówić, jakie to było dziecinne, że postanowiła sobie kopać kamienie czy inne pierdolety... Darowałem to sobie, po prostu ruszając w jej kierunku bez kolejnych słów, w milczeniu. To mogłem robić. Być jej osobistym lekarzem. Ratować ją z opresji, choć wolałbym aby w nie nie wpadała, rzecz jasna.
- Jeśli już chcesz się bawić kamieniami, to może lepiej rzucać nimi we mnie...? - zasugerowałem z lekkim uśmiechem, takim niknącym wśród smutku, ale gdzieś tam nieco się iskrzył nawet w oczach. Nieco sarkazmu, nieco czarnego humoru dla rozluźnienia atmosfery? Czy była w stanie to docenić? Podłapać? Jak najbardziej nie chciałem by postanowiła mnie ukamieniować, ale... Wiadomo.
Pozwoliłem sobie delikatnie zdjąć jej but by obejrzeć stopę. Może specjalizacji ze złamań nie robiłem, ale o złamaniach i pogruchotanych kościach wiedziałem całkiem sporo. I jeszcze więcej widziałem. Zimnych, martwych, nieruchomych. Tyle aktów agresji. Ta nie była złamana, ale żeby ukoić ból położyłem dłoń na jej stopie i wyszeptałem pod nosem odpowiednie zaklęcie. Już nie rzucałem się po różdżkę. To było bez sensu.
Ale może by tak pozbierać parę dobrych kilogramów kamieni, przywiązać do nich moją stopę i wrzucić mnie z nimi w głęboką, najgłębszą toń...?
Spojrzałem jej w oczy. Byłem równie zmęczony naszą sytuacją co ona, ale nie potrzebowałem współczucia. Oboje z kolei potrzebowaliśmy jasnej decyzji, której już nie zerwiemy za żadne skarby. Niestety, musiałem to zrobić.
- Przyjaźń czy nicość? - zapytałem krótko, rzeczowo do bólu, mając nadzieję, że nie będę musiał uzupełniać swojej myśli o szczegółowe opisy. Obiecałem sobie, że wezmę odpowiedź na klatę z godnością. Wiedziałem, co wybierze Avelina. Była rozważna, rozważniejsza ode mnie. Bardziej twardo stąpała po ziemi, kiedy ja tylko udawałem silnego i nieprzejednanego.
Kochałem ją, kochałem również żonę i swoje dzieci. Chciałem ją chronić przed złem tego świata, być przy niej w jej najpiękniejsze i najgorsze dni, ale musiałem też czuwać nad swoją rodziną, za którą byłem odpowiedzialny. Nie mogłem o niej zapominać, kiedy idealny świat fantazji zakrywał mi oczy pięknymi obrazami przyszłości, bo to z kolei nie byłoby odpowiedzialne. Wręcz haniebne. I zapewne z perspektywy czasu zżerałoby mnie sumienie i tęsknota, i byłbym niespokojny, nie wiedząc, co się dzieje z dzieciakami. Z Imogen. Może tak naprawdę nie przyjaźń byłaby tu doskonałym wyjściem z sytuacji, tylko powrót do marzeń, do snów bez możliwości realizacji? Do udawanego zapomnienia o sobie? Zamknięcia furtki kontaktu? ...tylko że tak cholernie nie chciałem pozwolić podobnej opcji dotrzeć do realizacji. Nie chciałem. Nie mogłem. To nie byłoby w mojej naturze, w zgodzie z moim sercem. Z uczuciami do niej.
I co dalej...? Nie mieliśmy przyszłości. Wiedziałem to bardziej jako dzieciak, młody szczypior, aniżeli teraz. Szukałem ucieczki od wymagającego życia w coś pozornie prostego, ale mogłem się sparzyć, mogłem cierpieć znacznie bardziej, kiedy uświadomię sobie, że taki skok w bok, ucieczka za granicę czy inny, jeszcze barwniejszy wymysł, będzie niósł za sobą konsekwencje. Zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne.
Mimo wszystko chciałem ją przytulić. Moje cierpienia były moimi cierpieniami. W pewnym stopniu mi się należało za to, że wtargnąłem wtedy wściekły do opuszczonej, damskiej toalety. Los mnie za to pokarał i nie nauczyłem się na błędach, robiąc kolejne niechciane wtargnięcie do apteki, w której wiedziałem aż nazbyt doskonale, że pracuje w niej Avelina... Tylko że ona była niczemu winna i chciałem ją przytulić, ale obawiałem się, że to było ostatnie, czego oczekiwała, czego mogła chcieć. Moje ramiona niczym najbardziej żrący eliksir wcale nie miały przynieść ukojenia, tylko dodatkowy ból.
Nie mówiłem nic, bo nie wiedziałem, co mogłem więcej dodać. Właściwie to wiedziałem doskonale, co mogłem powiedzieć, ale za żadne skarby tego świata nic mnie do tego nie zmusi. Nie zerwę z nią kompletnie kontaktu. Nie wyjdzie to bynajmniej z mojej inicjatywy.
Odwróciłem twarz od Aveliny żeby nic więcej mnie nie kusiło. Wpatrywałem się beznadziejnie w bok, na spokojną taflę wody. W tej chwili nienawidziłem tego, w jaki sposób odbijała promienie słoneczne. Mieniła się złociście, spokojnie i leniwie. Ponadczasowo. Nasze rozterki nie robiły na niej jakiegokolwiek wrażenia.
Przerwałem swój marazm dopiero wtedy, kiedy usłyszałem jej jęknięcie i zaraz przeklęcie. Nie musiałem mówić, jakie to było dziecinne, że postanowiła sobie kopać kamienie czy inne pierdolety... Darowałem to sobie, po prostu ruszając w jej kierunku bez kolejnych słów, w milczeniu. To mogłem robić. Być jej osobistym lekarzem. Ratować ją z opresji, choć wolałbym aby w nie nie wpadała, rzecz jasna.
- Jeśli już chcesz się bawić kamieniami, to może lepiej rzucać nimi we mnie...? - zasugerowałem z lekkim uśmiechem, takim niknącym wśród smutku, ale gdzieś tam nieco się iskrzył nawet w oczach. Nieco sarkazmu, nieco czarnego humoru dla rozluźnienia atmosfery? Czy była w stanie to docenić? Podłapać? Jak najbardziej nie chciałem by postanowiła mnie ukamieniować, ale... Wiadomo.
Pozwoliłem sobie delikatnie zdjąć jej but by obejrzeć stopę. Może specjalizacji ze złamań nie robiłem, ale o złamaniach i pogruchotanych kościach wiedziałem całkiem sporo. I jeszcze więcej widziałem. Zimnych, martwych, nieruchomych. Tyle aktów agresji. Ta nie była złamana, ale żeby ukoić ból położyłem dłoń na jej stopie i wyszeptałem pod nosem odpowiednie zaklęcie. Już nie rzucałem się po różdżkę. To było bez sensu.
Ale może by tak pozbierać parę dobrych kilogramów kamieni, przywiązać do nich moją stopę i wrzucić mnie z nimi w głęboką, najgłębszą toń...?
Spojrzałem jej w oczy. Byłem równie zmęczony naszą sytuacją co ona, ale nie potrzebowałem współczucia. Oboje z kolei potrzebowaliśmy jasnej decyzji, której już nie zerwiemy za żadne skarby. Niestety, musiałem to zrobić.
- Przyjaźń czy nicość? - zapytałem krótko, rzeczowo do bólu, mając nadzieję, że nie będę musiał uzupełniać swojej myśli o szczegółowe opisy. Obiecałem sobie, że wezmę odpowiedź na klatę z godnością. Wiedziałem, co wybierze Avelina. Była rozważna, rozważniejsza ode mnie. Bardziej twardo stąpała po ziemi, kiedy ja tylko udawałem silnego i nieprzejednanego.