09.12.2023, 21:45 ✶
Dość. Na te słowa Lestrange się uśmiechnął, nieco szaleńczo, z prawdziwym obłędem w oczach. Ten krzyk to był miód na jego serce, brzmiał jak najsłodsza czekolada, którą dane mu było zjeść. Krzyk Warda przypominał mu w tej chwili, dlaczego w ogóle żył i po co to robił. Dość brzmiało tak pięknie, tak miękko i cudownie, że niemalże poczuł zawód, że musieli już kończyć zabawę. Ale wiedział, że w słowach, które sam wypowiedział do towarzyszy, było dużo prawdy. Za chwilę wpadną tu inni, a przecież musieli się stąd jeszcze wydostać. No i nie mogli pozostawić aurora bez żadnej należytej pamiątki.
W czarnej, długiej szacie i tak samo czarnych rękawiczkach oraz masce nie mógł pokazać Tristanowi tego, co chciał. Żałował, że nie mógł odsłonić swojej prawdziwej twarzy, tej którą ukrywał nieustannie, której tacy jak on kazali mu się wstydzić. Ale co się odwlecze, to...
- Po kolei - mruknął do Mulcibera, ponownie chwytając Tristana za włosy. Były w miarę długie, to naprawdę sporo ułatwiało. Lubił to robić - czarna magia była piękna, ale w brutalnej sile i znęcaniu się fizycznym nad słabszymi od siebie było coś zwierzęco cudownego. Lubił patrzeć, jak jego dłonie powodują wykrzywianie się twarzy tych, którym zadawał ból. Mocno zacisnął palce, po raz kolejny naprężając cebulki włosów Warda do granic wytrzymałości. Kusiło go, by otrzeć te łzy, by szepnąć kilka czułych słów, dających nadzieję, że jednak to wszystko to jeden wielki koszmar i Tristan zaraz się obudzi w swoim łóżku, z żyjącymi rodzicami tuż obok. Kusiło sprawić, żeby uwierzył, że zaraz nadejdzie ratunek. Naprawdę chciał ponownie wślizgnąć się do jego umysłu i poplątać jego wspomnienia, ale nie mieli czasu. - Nie płacz, zaraz będzie po wszystkim.
Wysilił się na troskliwy, może nieco zbyt przerysowany, ton. Lestrange nachylił się nad Tristanem i wysyczał słowa zaklęcia, jednocześnie wpychając mu różdżkę głęboko do gardła. Tristan mógł poczuć, jak jego struny głosowe naprężają się, niemal jęczą, błagając o litość. Skręcały się i prostowały, pulsowały boleśnie, powodując kolejne salwy bólu. Jednak nawet gdyby chciał, to nie mógłby wydobyć głosu. Coś pękło, lecz może tylko się tak Tristanowi wydawało? Nie był przecież do końca pewny, co było już prawdą, a co koszmarem sennym. Ból był niewyobrażalny, podobny do tego, jakby ktoś właśnie wsadził mu głęboko w krtań rozżarzony pręt i lubieżnie badał każdy zakamarek jego gardła. A on nie mógł się ruszyć.
Trwało to zaledwie kilka sekund, lecz Ward zdążył zaślinić mu różdżkę. Obrzydliwe. Lestrange skrzywił się, gdy wyjmował mokre drewno.
- To była przyjemność, panie Ward - wysyczał, przejeżdżając różdżką po jego torsie. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdowała się krwawiąca blizna Murtagha. Oko za oko, czy jakoś tak. Nie mógł nie pokusić się o zadanie tak samo głębokiej, bolesnej rany, która podobnie jak w przypadku Macmillana, tak w przypadku Tristana paliła żywym ogniem i rozsyłała fale bólu na całe ciało. - Ale mi się znudziło.
Wbrew jednak temu, co powiedział, przejechał swoją różdżką po jego ramieniu, z lubością patrząc, jak niezwykle powoli skóra w tym miejscu rozcina się jakby używał cholernie ostrego noża. Zszedł niżej, do jego brzucha. Tutaj chwilę się zastanowił, zawahał, i pojechał dalej, niżej, na podbrzusze. Ciął również tam, boleśnie, nie pozbawiając jednak Tristana tego, co mogłoby zapewnić mu kiedykolwiek przedłużenie rodu. Na to przyjdzie jeszcze czas, teraz zaledwie musnął, acz boleśnie, kilka centymetrów nad - dał ostrzeżenie. Skierował różdżkę prosto w oczy Warda.
- Nikomu nic nie powiesz. Nic więcej nigdy nie zobaczysz. Nic więcej nigdy nie usłyszysz. Nic więcej nigdy nie poczujesz. Będziesz żył w pustce, otoczony wieczną ciemnością i ciszą, a ja chętnie będę cię odwiedzał, by twój umysł odtwarzał to, co się dzisiaj stało, dopóki nie oszalejesz i sam się nie zabijesz - powiedział spokojnie, przekręcając różdżkę do zaklęcia. Nie rzucał go jednak, patrzył Tristanowi w oczy. Ile łez jeszcze wyleje ta szlama? Był ciekawy.
W czarnej, długiej szacie i tak samo czarnych rękawiczkach oraz masce nie mógł pokazać Tristanowi tego, co chciał. Żałował, że nie mógł odsłonić swojej prawdziwej twarzy, tej którą ukrywał nieustannie, której tacy jak on kazali mu się wstydzić. Ale co się odwlecze, to...
- Po kolei - mruknął do Mulcibera, ponownie chwytając Tristana za włosy. Były w miarę długie, to naprawdę sporo ułatwiało. Lubił to robić - czarna magia była piękna, ale w brutalnej sile i znęcaniu się fizycznym nad słabszymi od siebie było coś zwierzęco cudownego. Lubił patrzeć, jak jego dłonie powodują wykrzywianie się twarzy tych, którym zadawał ból. Mocno zacisnął palce, po raz kolejny naprężając cebulki włosów Warda do granic wytrzymałości. Kusiło go, by otrzeć te łzy, by szepnąć kilka czułych słów, dających nadzieję, że jednak to wszystko to jeden wielki koszmar i Tristan zaraz się obudzi w swoim łóżku, z żyjącymi rodzicami tuż obok. Kusiło sprawić, żeby uwierzył, że zaraz nadejdzie ratunek. Naprawdę chciał ponownie wślizgnąć się do jego umysłu i poplątać jego wspomnienia, ale nie mieli czasu. - Nie płacz, zaraz będzie po wszystkim.
Wysilił się na troskliwy, może nieco zbyt przerysowany, ton. Lestrange nachylił się nad Tristanem i wysyczał słowa zaklęcia, jednocześnie wpychając mu różdżkę głęboko do gardła. Tristan mógł poczuć, jak jego struny głosowe naprężają się, niemal jęczą, błagając o litość. Skręcały się i prostowały, pulsowały boleśnie, powodując kolejne salwy bólu. Jednak nawet gdyby chciał, to nie mógłby wydobyć głosu. Coś pękło, lecz może tylko się tak Tristanowi wydawało? Nie był przecież do końca pewny, co było już prawdą, a co koszmarem sennym. Ból był niewyobrażalny, podobny do tego, jakby ktoś właśnie wsadził mu głęboko w krtań rozżarzony pręt i lubieżnie badał każdy zakamarek jego gardła. A on nie mógł się ruszyć.
Trwało to zaledwie kilka sekund, lecz Ward zdążył zaślinić mu różdżkę. Obrzydliwe. Lestrange skrzywił się, gdy wyjmował mokre drewno.
- To była przyjemność, panie Ward - wysyczał, przejeżdżając różdżką po jego torsie. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdowała się krwawiąca blizna Murtagha. Oko za oko, czy jakoś tak. Nie mógł nie pokusić się o zadanie tak samo głębokiej, bolesnej rany, która podobnie jak w przypadku Macmillana, tak w przypadku Tristana paliła żywym ogniem i rozsyłała fale bólu na całe ciało. - Ale mi się znudziło.
Wbrew jednak temu, co powiedział, przejechał swoją różdżką po jego ramieniu, z lubością patrząc, jak niezwykle powoli skóra w tym miejscu rozcina się jakby używał cholernie ostrego noża. Zszedł niżej, do jego brzucha. Tutaj chwilę się zastanowił, zawahał, i pojechał dalej, niżej, na podbrzusze. Ciął również tam, boleśnie, nie pozbawiając jednak Tristana tego, co mogłoby zapewnić mu kiedykolwiek przedłużenie rodu. Na to przyjdzie jeszcze czas, teraz zaledwie musnął, acz boleśnie, kilka centymetrów nad - dał ostrzeżenie. Skierował różdżkę prosto w oczy Warda.
- Nikomu nic nie powiesz. Nic więcej nigdy nie zobaczysz. Nic więcej nigdy nie usłyszysz. Nic więcej nigdy nie poczujesz. Będziesz żył w pustce, otoczony wieczną ciemnością i ciszą, a ja chętnie będę cię odwiedzał, by twój umysł odtwarzał to, co się dzisiaj stało, dopóki nie oszalejesz i sam się nie zabijesz - powiedział spokojnie, przekręcając różdżkę do zaklęcia. Nie rzucał go jednak, patrzył Tristanowi w oczy. Ile łez jeszcze wyleje ta szlama? Był ciekawy.