adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Nad Doliną Godryka zapadał zmierzch.
Niebo nad sadem, ciągnącym się za domem Longbottomów, zabarwiło się czerwienią i złotem, kiedy Brenna, wciąż w mundurze, aportowała się przed bramą posiadłości i weszła na jej teren, a potem przeszła ścieżką do drzwi, za którymi – o dziwo – nie przywitał jej żaden z psów. Zadziwiające zjawisko dość szybko wyjaśniła skrzatka, wspominając, że dwóch domowników zabrało zwierzaki na spacer. Być może dlatego posiadłość była zadziwiająco cicha – mimo imponujących rozmiarów domu o to bywało dość trudno, biorąc pod uwagę, że mieszkało tutaj wiele osób. Najwyraźniej jednak tego wieczora ktoś wyszedł z psami, ktoś był w pracy, ktoś kogoś odwiedzał…
– Malwa, skarbie, zrób mi proszę kolację! – zawołała Brenna do skrzatki, już w biegu na górę. Uszczęśliwiła ją zapewne przy tym niesamowicie, bo biedny skrzat dostawał już nie raz załamania na wyręczanie go w obowiązkach przez domowników. Tego wieczora jednak Brenna – jak właściwie zwykle, a na pewno zwykle od początku maja – miała za sobą o wiele za dużo nadgodzin i za wiele rzeczy do zrobienia przed snem.
Zdążyła jednak zrobić tylko jedną z nich, czyli pozbyć się munduru i przebrać w szorty i koszulkę. Bo kiedy pchnęła okiennicę, chcąc otworzyć okno na oścież, na ścieżce wiodącej od bramy do drzwi wejściowych, zobaczyła coś czy raczej kogoś, przez kogo wszystkie plany wywietrzały jej z głowy, a grafik, starannie zaplanowany na najbliższe dwadzieścia cztery godziny, posypał się w proch.
– Wujek Morpheus! – zawołała, wychylając się przez parapet prawie do połowy, tak że zaistniało realne zagrożenie, że zaraz wyleci z pierwszego piętra. A chwilę później już cofała się od okna, by pędem przebiec przez cały dom – i chociaż w środku nie dało się teleportować, odległość pomiędzy swoim pokojem, a drzwiami wejściowymi pokonała tak szybko, że ktoś mógłby pomyśleć, że jednak zdołała obejść to ograniczenie.
Ale cóż, Brenna zawsze była trochę nazbyt energiczna, tak samo jak nazbyt rozgadana i pod wieloma względami pozostawała wręcz przeciwieństwem swojego zrównoważonego wuja.
– Nie spodziewaliśmy się ciebie dzisiaj! – oświadczyła, otwierając przed nim na oścież drzwi. Ciemne włosy, krótsze niż te parę miesięcy temu, bo ścięte po tym, jak je przypalono i dopiero odrastające, były rozczochrane. Na prawym przedramieniu, tuż powyżej nadgarstka, znaczyły się cienkimi liniami nowe blizny. – Nie posłałeś sowy, czy coś ją zżarło po drodze? – zapytała, przesuwając się, by zrobić mu miejsce, ale jednocześnie mierząc go uważnym spojrzeniem: bo ostrożność, obecna w niej od roku 70 i narastająca tylko od maja, kazała natychmiast… upewniać się. Upewniać, że zna tę minę, że zna ten głos, że zna ten chód. Że to domu naprawdę po wielu miesiącach wrócił Morpheus Longbottom, najmłodszy z synów Godryka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.