09.12.2023, 23:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2023, 23:47 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie wahała się wobec rzucenia w ramiona wuja: nigdy nie stroniła od kontaktu fizycznego z bliskimi, ba, często inicjowała go jako pierwsza. Była wysoka, nie tylko jak na kobietę, a uścisk miała pewny i silny – od razu zdradzający, że nie była delikatną panienką z dobrego domu, choć za taki niewątpliwie można było uznać ród Longbottomów.
Czuła, jak z jednej strony zalewa ją ulga, że wrócił, bo jakoś lepiej się czuła mając wszystkich domowników w komplecie, z drugiej – i ją coś zdławiło w gardle, bo przecież z tego kompletu kogoś ubyło na zawsze, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, że on stracił brata, a teraz przyjdzie jej odpowiedzieć na pytania. Pytania trudne dla nich obojga, ale wymagające odpowiedzi, wymagające wytłumaczeń. Mocniej zacisnęła na moment palce na jego plecach, jakby w nadziei, że da mu to jakieś oparcie, nim wycofała się, choć jej dłoń zacisnęła się niemal natychmiast na jego dłoni.
– Tak dobrze, jak to możliwe w takim przypadku. Dadzą radę, ale to nie będzie łatwe – wyznała szczerze. Bała się o Danielle, i bała się o Lucy, i próbowała z całych sił znaleźć równowagę pomiędzy zapewnieniem im wsparcia, a daniem przestrzeni na samotność i żałobę. Co nie było łatwe, bo to nie ona była aurowidzem czy jasnowidzem w tej rodzinie – ona widziała jedynie to, co już się wydarzyło – i bo pochłaniała ją praca oraz sprawa widm z Kniei.
Jej przyszłość, jej plany, były chaosem.
Nic nowego u Brenny, która zawsze planowała wiele, i jednocześnie zawsze zdawała się być w ruchu, a i miała talent do pakowania się w niebezpieczne sytuacje, chociaż teraz ten chaos narósł, i Morpheus widział fragmenty obrazów, z których ciężko było wyłowić coś jasnego, jakby zbyt wiele rzeczy kłębiło się w planach i przyszłości Brenny, aby łatwo dało się to poukładać. Był tam mroczny, mglisty las, a chwilę potem zupełnie inne miejsce, łąka, po której prowadziła za rękę swoją chrześnicę. Były krwawe znaki, wypisane na ścianie na miejscu jakiejś zbrodni – pewnie tu chodziło o prowadzone przez nią śledztwo. Była różdżka, i obraz Kniei, i człowiek o zakrwawionych dłoniach. I były wreszcie ruiny w Dolinie Godryka, i w nich obraz jakiegoś mężczyzny, który mignął i znikł – raczej nikogo, kogo zwykle widywałoby się pośród multum ludzi, przewijających się przez dom Longbottomów.
– Spytałabym, jak było w Grecji i co odkryłeś, ale wiem, że i tak nie możesz odpowiedzieć, tajemnica Niewymownych i tak dalej. I pewnie sam masz masę pytań. Chodź, Malwa właśnie przygotowała kolację i herbatę. Chyba że nie jesteś głodny i wolisz najpierw iść na górę się przebrać i odpocząć? – spytała, ciągnąc go lekko w stronę kuchni. Jeżeli nawet dostrzegła tę uwagę jego spojrzenia, to, że mógł patrzeć nie tylko na nią, ale i na jej przyszłość, nie dała tego po sobie poznać.
Czuła, jak z jednej strony zalewa ją ulga, że wrócił, bo jakoś lepiej się czuła mając wszystkich domowników w komplecie, z drugiej – i ją coś zdławiło w gardle, bo przecież z tego kompletu kogoś ubyło na zawsze, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, że on stracił brata, a teraz przyjdzie jej odpowiedzieć na pytania. Pytania trudne dla nich obojga, ale wymagające odpowiedzi, wymagające wytłumaczeń. Mocniej zacisnęła na moment palce na jego plecach, jakby w nadziei, że da mu to jakieś oparcie, nim wycofała się, choć jej dłoń zacisnęła się niemal natychmiast na jego dłoni.
– Tak dobrze, jak to możliwe w takim przypadku. Dadzą radę, ale to nie będzie łatwe – wyznała szczerze. Bała się o Danielle, i bała się o Lucy, i próbowała z całych sił znaleźć równowagę pomiędzy zapewnieniem im wsparcia, a daniem przestrzeni na samotność i żałobę. Co nie było łatwe, bo to nie ona była aurowidzem czy jasnowidzem w tej rodzinie – ona widziała jedynie to, co już się wydarzyło – i bo pochłaniała ją praca oraz sprawa widm z Kniei.
Jej przyszłość, jej plany, były chaosem.
Nic nowego u Brenny, która zawsze planowała wiele, i jednocześnie zawsze zdawała się być w ruchu, a i miała talent do pakowania się w niebezpieczne sytuacje, chociaż teraz ten chaos narósł, i Morpheus widział fragmenty obrazów, z których ciężko było wyłowić coś jasnego, jakby zbyt wiele rzeczy kłębiło się w planach i przyszłości Brenny, aby łatwo dało się to poukładać. Był tam mroczny, mglisty las, a chwilę potem zupełnie inne miejsce, łąka, po której prowadziła za rękę swoją chrześnicę. Były krwawe znaki, wypisane na ścianie na miejscu jakiejś zbrodni – pewnie tu chodziło o prowadzone przez nią śledztwo. Była różdżka, i obraz Kniei, i człowiek o zakrwawionych dłoniach. I były wreszcie ruiny w Dolinie Godryka, i w nich obraz jakiegoś mężczyzny, który mignął i znikł – raczej nikogo, kogo zwykle widywałoby się pośród multum ludzi, przewijających się przez dom Longbottomów.
– Spytałabym, jak było w Grecji i co odkryłeś, ale wiem, że i tak nie możesz odpowiedzieć, tajemnica Niewymownych i tak dalej. I pewnie sam masz masę pytań. Chodź, Malwa właśnie przygotowała kolację i herbatę. Chyba że nie jesteś głodny i wolisz najpierw iść na górę się przebrać i odpocząć? – spytała, ciągnąc go lekko w stronę kuchni. Jeżeli nawet dostrzegła tę uwagę jego spojrzenia, to, że mógł patrzeć nie tylko na nią, ale i na jej przyszłość, nie dała tego po sobie poznać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.