Przede wszystkim nie czuła powinności w spowiadaniu się przed obcymi jej ludźmi. Zdecydowała się na wywiad, bo miała w tym swój interes, ale przede wszystkim do czasu aż został wydrukowany, różni ludzie spoglądali na nią z mieszaniną zachwytu i przerażenia. Czasami ktoś zagadał, czasami tylko czuła spojrzenia na sobie, jeszcze inni uważali chyba, że to, co mówią, to przesada. Nie przejmowała się tym, bo swoje wiedziała. Cholera, prawie tam zginęła, ale o tym, jak blisko było, powiedziała nielicznym ludziom. Swoim przyjaciołom, narzeczonemu (choć on w to nie wierzył…), otworzyła się też przed kapłanką kowenu. Ale nie zamierzała obcym mówić więcej niż to, co już powiedziała do szerszej publiczności. Bo to tak, jakby chciała rozpowiadać na lewo i prawo szczegóły swoich relacji z ludźmi – a nie zamierzała. Tak samo jak Lockhartowi powiedziała, że nie będzie rozmawiać o swoich bliskich, tylko o wydarzeniach z Beltane, bo jeszcze tego brakowało, by inni zostali w to wciągnięci bardziej, niż już byli przez wścibskich ludzi.
– Nie obraź się, ale prawie się nie znamy, nie będę więc wierzyła na słowo – to tyle, jeśli chodziło o dyskrecję. Mógł ją zapewniać, pełną, niepełną, obojętnie – nie zamierzała jednak ryzykować. I oczywistym było, że nie powiedziała wszystkiego. Ludzie z jakiegoś powodu dowiedzieli się, że Zimni stoczyli walkę z Voldemortem w Limbo, a jej wywiad nawet tego tematu nie dotknął – Leon mógł więc spokojnie zakładać, że nie było tam wszystkiego. A jeśli miał co do tego wątpliwości, no to teraz rzeczywiście zostały one rozwiane. – Mogę rozwinąć jakąś kwestię, którą poruszyłam tam w wywiadzie jeśli masz jakieś pytania czy wątpliwości, ale czego nie mogłam powiedzieć, to nie powiem – albo czego nie chciała powiedzieć – może tak to powinno brzmieć, ale nie bez powodu mówiła, że „nie może” – żeby ludzie nie naciskali i dali jej spokój, kiedy odmawiała.
Ale Leon najwyraźniej jakieś pytania miał. Ciemnooka spoglądała na niego przez moment w milczeniu, kiedy już je wyartykułował, nim się odezwała. Dosłownie zasypana pytaniami.
– Uczucie… Właściwie dopiero po przebudzeniu uświadomiono mnie, gdzie byłam. Przez cały czas będąc tam, nie miałam pojęcia, że to Limbo. Myślałam, że to po prostu jakiś… las. Trochę bajkowy, bo z bujną roślinnością, zielony, ze strumieniem, a to wszystko było widoczne pomimo nocy. Więc wydaje mi się, że uczucie jest takie samo, albo raczej bez zmian? – może takie było dla kogoś, kto się sprawami Limbo dotychczas nie interesował, tak jak ona – bo zgłębiała temat dopiero teraz, kiedy już się stało. – Szept na pewno nie był wrogi. Bardziej neutralny – i należał do martwej kobiety, która poruszała ustami, będąc przecięta… Ech. Już wtedy powinna się była połapać, że coś jest nie tak. Ale mózg czasami odrzucał pewne oczywiste wytłumaczenia, jeśli przy tym były najbardziej karykaturalne. – Miałam na myśli ten mityczny cykl, o którym mówi kowen i kapłani. Powrót do cyklu, przejście do Limbo – i o ile wcześniej Victoria była raczej sceptyczna, tak teraz gorliwie wierzyła, że to sama prawda. Inaczej nie spotkałaby swojej babci, prawda? – Ten szept mówił o tym właśnie cyklu – wyjaśniła mu jeszcze, uprzedzając ewentualne pytanie. – Niczego więcej ponad to, co opowiedziałam w wywiadzie, nie widziałam, a przynajmniej sobie nie przypominam, Leonie – Leon czekał niemalże z wypiekami na twarzy, a Victoria czekała właściwie na to, ile zdoła wytrzymać tego przesłuchania (bo tym się to jawiło w jej głowie). Póki co była spokojna i choć nie podobał jej się ten sposób rozmowy, tak jej ślizgońskie kolory się nie objawiły.