Vincent czasami wyobrażał sobie siebie jako ducha, nie wiedział, czy byłby tą zagubioną duszą, która nie ma swojego miejsca, czy może właśnie duchem upierdliwcem przyczepionym do ulubionej osoby na świecie. Nie do końca też wiedział kto taką osobą był w jego życiu. Brenne lubił, ale to co ich łączyło było skomplikowane, bo mocno siebie nawzajem wyzywali. Jasne, okazywał wobec niej troskę, ale maskował ją sarkazmem i czasami wrednymi słowami. Bronił się w ten sposób przed zbytnim przywiązaniem, bo bał się, że to utrudni mu życie lekkoducha. Fałszywie wmawiał sobie, że nikt za nim nie będzie tęsknił, że nie lubi ludzi, że nie znosi ich obecności. Doceniał jednak fakt, że Brenna nie szła na takie misje sama, że jednak miała na tyle pokory, że prosiła innych o pomoc – nawet jeśli wyrywała go nagiego spod prysznica. Wolał, aby zabrała go ze sobą niż zgarnęła jakichś chłystków, którzy zostawią ją sama przy byle okazji ze strachu.
Wywrócił oczami na jej pytanie. Brenna wywoływała u niego impuls wypowiadania tego słowa, albo po prostu nikt mu nie zwracał na to uwagi i zawsze tak mówił? Ta rozładowywał swoje emocje, te radosne, te smutne, a także te, które wywoływały u niego delikatny stan przedzawałowy.
– Nie musisz, mam takie trzy w domu – ale co ponarzekał to jego, a Vincent naprawdę miał kiepski gust jeśli chodzi o wygląd. Chodził raz na jakiś czas do Berbera, ale jeśli chodziło o ubrania to stawiał na wygodę. Nigdy nie przyswoił czarodziejskiej mody, bo większość czasu spędzał w terenie, a to powodowało częsty kontakt z mugolami, więc po prostu ubierał się zwykle jak oni. Edward narzucał mu eleganckie stroje, więc posiadał w swojej garderobie też skrojone na jego miarę garnitury, ale nigdy nie przepadał za noszeniem ich. Czuł, że jego ruchy były ograniczone. Dżinsy, czy jakieś luźne spodnie były idealne w teren.
– Jest dosyć spora, może w okolicy są nie tylko lunabelle? – spojrzał na to jak Brenna czaruje, ale zaraz również zamarł powstrzymując się przed wyrzuceniem z siebie niepotrzebnych słów. Zmarszczył brwi i nasłuchiwał. – Co jest? – zapytał cicho patrząc na nią i zaraz ruszył z tyłu Longbottom w górę. Trzymał w dłoni różdżkę w pogotowiu w razie jakby nie udało im się schować, czy uniknąć przedwczesnej konfrontacji. W razie potrzeby pomógł jej wyjść z dołu jakby jej obrażenia po upadu jej dokuczały. Sam co jakiś czas zerkał na swoją ranę na żebrach, ale krew która się tam pojawiła szybko zasychała, więc nie było to nic poważnego.