10.12.2023, 19:24 ✶
Była Brygadzistką. Gliną. Nie aurorem nawet, dla wielu więc osobą, która wystawiała mandaty za źle zaparkowane miotły. Ale od dwóch lat myślała o sobie dokładnie tak, jak on: była żołnierzem, żołnierzem Dumbledore’a. Pchała się w te najpaskudniejsze śledztwa w Ministerstwie, a później wypełniała rozkazy, spisane ręką Albusa Dumbledore’a lub padające z ust Patricka Stewarda. Kiedyś nie chciała chwytać czarnoksiężników. Teraz nie miała czasu robić kursu ich łapania, bo była zbyt zajęta ściganiem takich. Nie musiała posiadać daru wuja, by wiedzieć, spodziewać się, dokąd biegnie jej ścieżka – że jej kraniec ma barwę czerwoną jak krew i zieloną jak światło avady kedavry.
Żołnierze nie miewają długiej przewidywalnej długości życia, gdy trwa wojna.
Derwin też był żołnierzem.
– W takim razie musimy to zmienić – powiedziała Brenna, gdy weszli do pomieszczenia. Choć mieli salon i jadalnię, stół tutaj był długi, dostatecznie wielki, aby mogło pomieścić się przy nim kilka osób, jeżeli akurat kuchnia zwabi ich tu na śniadanie czy inny, szybki posiłek. Skrzatka już się tam krzątała, a na widok Morpheusa ukłoniła się, wyraźnie uradowana, i ledwo moment później podtykała mu już jego ulubioną herbatę, Brenna zaś stawiała przed nim talerz, naszykowanej moment wcześniej dla niej mięsnej potrawki.
– To miło, że tak uważasz – stwierdziła, spoglądając odruchowo ku bliznom. Poza domem ukrywała je pilnie, mimo ciepła nosząc długie rękawy: ślady po tym, jak wampirzyca wyrwała ci kawał ciała i skóry to nie obrażenia, jakie łatwo wytłumaczyć. – Używam maści od Nory Figg, z czasem zbledną albo znikną.
Opadła na krzesło, naprzeciwko niego. Dostrzegała pochylenie sylwetki, wyraz oczu i mogła się domyślać, że przechodził teraz to, co dotykało ich wszystkich przed miesiącem: gdy uświadamiali sobie, że Derwin nigdy już nie wejdzie przez kuchenne drzwi, nie opowie żadnego ze swoich nieśmiesznych żartów, nie ucałuje córek, nie wybuchnie głośnym śmiechem. I chciałaby z całych sił ulżyć mu jakoś, zabrać tę część cierpienia, ale nie potrafiła – nie było to przecież możliwe. Jedyne, co mogła mu zaoferować, to uścisk ręki i odpowiedzi na pytania.
Prawda niczego nie ułatwiała. Odpowiedzi nie przynosiły ulgi. Ale ich brak potrafił doprowadzić do szaleństwa.
– Voldemort zaatakował podczas sabatu Beltane – powiedziała cicho. Wypowiadała jego imię bez wahania, bo strach przed imieniem zwiększa strach przed tym, który je nosi, a oni nie potrzebowali już więcej strachu. – Chciał wedrzeć się do Limbo… i udało się mu to. Jego ludzie w tym czasie atakowali cywilów i pracowników Ministerstwa, by odwrócić uwagę. Domyślaliśmy się wcześniej, że coś się święci i poprosiłam parę osób, by były tego wieczora gotowe. W tym Derwina. Zginął zabity przez śmierciożerców, ochraniając przed nimi ludzi uciekających z terenu sabatu. Leży w rodzinnym grobowcu, mogę pójść tam z tobą, chyba że wolisz być sam.
Spuściła na moment wzrok na plamę światła na swoim ręku, zastanawiając się, ile powiedzieć. Brenna rzadko kłamała – niemal nigdy. Ale snuła półprawdy, pomijała pewne informacje i bawiła się słowem iście po mistrzowsku. Tyle że przecież ktoś prędzej czy później i tak mu powie: nie mogła zmniejszyć jego bólu milczeniem.
– Na koniec ataku wybuchła straszliwa wichura, przerwała nasze walki, a wiatr porwał jego ciało. Znaleźliśmy je dopiero kilkadziesiąt godzin później. Dopadły je… dziwne istoty, które pojawiły się w Kniei. Wciąż tam są. Zbieramy informacje o nich. Nie wchodź sam do lasu. Może w Departamencie Tajemnic powiedzą ci więcej. – Uśmiechnęła się do niego, bladym uśmiechem, pozbawionym zwykłej wesołości. – Żałowałam, że cię tu nie ma, musiałam ściągać innych Niewymownych do sprawy tych istot.
Żołnierze nie miewają długiej przewidywalnej długości życia, gdy trwa wojna.
Derwin też był żołnierzem.
– W takim razie musimy to zmienić – powiedziała Brenna, gdy weszli do pomieszczenia. Choć mieli salon i jadalnię, stół tutaj był długi, dostatecznie wielki, aby mogło pomieścić się przy nim kilka osób, jeżeli akurat kuchnia zwabi ich tu na śniadanie czy inny, szybki posiłek. Skrzatka już się tam krzątała, a na widok Morpheusa ukłoniła się, wyraźnie uradowana, i ledwo moment później podtykała mu już jego ulubioną herbatę, Brenna zaś stawiała przed nim talerz, naszykowanej moment wcześniej dla niej mięsnej potrawki.
– To miło, że tak uważasz – stwierdziła, spoglądając odruchowo ku bliznom. Poza domem ukrywała je pilnie, mimo ciepła nosząc długie rękawy: ślady po tym, jak wampirzyca wyrwała ci kawał ciała i skóry to nie obrażenia, jakie łatwo wytłumaczyć. – Używam maści od Nory Figg, z czasem zbledną albo znikną.
Opadła na krzesło, naprzeciwko niego. Dostrzegała pochylenie sylwetki, wyraz oczu i mogła się domyślać, że przechodził teraz to, co dotykało ich wszystkich przed miesiącem: gdy uświadamiali sobie, że Derwin nigdy już nie wejdzie przez kuchenne drzwi, nie opowie żadnego ze swoich nieśmiesznych żartów, nie ucałuje córek, nie wybuchnie głośnym śmiechem. I chciałaby z całych sił ulżyć mu jakoś, zabrać tę część cierpienia, ale nie potrafiła – nie było to przecież możliwe. Jedyne, co mogła mu zaoferować, to uścisk ręki i odpowiedzi na pytania.
Prawda niczego nie ułatwiała. Odpowiedzi nie przynosiły ulgi. Ale ich brak potrafił doprowadzić do szaleństwa.
– Voldemort zaatakował podczas sabatu Beltane – powiedziała cicho. Wypowiadała jego imię bez wahania, bo strach przed imieniem zwiększa strach przed tym, który je nosi, a oni nie potrzebowali już więcej strachu. – Chciał wedrzeć się do Limbo… i udało się mu to. Jego ludzie w tym czasie atakowali cywilów i pracowników Ministerstwa, by odwrócić uwagę. Domyślaliśmy się wcześniej, że coś się święci i poprosiłam parę osób, by były tego wieczora gotowe. W tym Derwina. Zginął zabity przez śmierciożerców, ochraniając przed nimi ludzi uciekających z terenu sabatu. Leży w rodzinnym grobowcu, mogę pójść tam z tobą, chyba że wolisz być sam.
Spuściła na moment wzrok na plamę światła na swoim ręku, zastanawiając się, ile powiedzieć. Brenna rzadko kłamała – niemal nigdy. Ale snuła półprawdy, pomijała pewne informacje i bawiła się słowem iście po mistrzowsku. Tyle że przecież ktoś prędzej czy później i tak mu powie: nie mogła zmniejszyć jego bólu milczeniem.
– Na koniec ataku wybuchła straszliwa wichura, przerwała nasze walki, a wiatr porwał jego ciało. Znaleźliśmy je dopiero kilkadziesiąt godzin później. Dopadły je… dziwne istoty, które pojawiły się w Kniei. Wciąż tam są. Zbieramy informacje o nich. Nie wchodź sam do lasu. Może w Departamencie Tajemnic powiedzą ci więcej. – Uśmiechnęła się do niego, bladym uśmiechem, pozbawionym zwykłej wesołości. – Żałowałam, że cię tu nie ma, musiałam ściągać innych Niewymownych do sprawy tych istot.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.