10.12.2023, 21:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2023, 21:50 przez Brenna Longbottom.)
– Wiesz, że Mavelle zapytała o to samo? Niestety, nie były zbyt rozmowne i ledwo wspominałam o opłatach za użytkowanie, próbowały mnie zamordować. Bardzo nieładnie z ich strony. Ale znikły już. Chciałam upewnić się, czy mogą żerować na rzeczach, więc wszystko stamtąd zabrałam i nie pojawiły się więcej – odparła, przyjmując ten sam ton. W sprawach naprawdę poważnych potrafiła tę powagę zachować, ograniczyć nieco liczbę słów wypływających z ust: ale zwykle wyrażała się żartobliwie i nieco nazbyt rozwlekle, często wypowiadając trzy zdania tam, gdzie ktoś zadowoliłby się jednym.
Dwoista natura w pewnym sensie pasowała do Brenny, tak jak pasowała do Morpheusa, choć w zupełnie innym sensie. On miał jakby dwie twarze, inną dla rodziny, inną w pracy, i nosił maski, jak chyba wszyscy Niewymowni, kryjąc za nimi wiele rzeczy. Ona płynnie dostosowała się do okoliczności, równie szczera wtedy, kiedy w mundurze włóczyła się na Nokturnie, gdy w mugolskich, poszarpanych spodniach tarzała się po ziemi z psami, i kiedy na balu częstowała gości szampanem. Brano ją często za pajaca – i była w gruncie rzeczy tym rozgadanym pajacem – a potem schodziła w ciemność wampirzego grobowca.
Bliźnięta.
Powietrzny znak zodiaku.
Była powietrzem, czy ogniem, od którego brała swoje imię? Ogniem, który raz ogrzewał, raz spopielał?
– Mogę zagwarantować, że ja nie zapomnę. I pewnych rzeczy nie wybaczę – zapewniła, splatając dłonie na blacie. – Jeśli dowiem się czegoś więcej, poinformuję cię. Te potwory tkwią w końcu tuż za naszym płotem – powiedziała i odetchnęła. Wiedziała, że obecność Morpheusa nie zmieni tak naprawdę wiele, ale jednak po prostu dobrze było mieć go tutaj z powrotem. – Nie potrzebujesz za to jasnowidzenia, by wiedzieć, że nie będziemy po prostu siedzieć i niczego z tym nie robić. W końcu z popiołów rodzą się feniksy, prawda? – stwierdziła, obdarzając go uśmiechem. Morpheus nie był członkiem Zakonu, ale była nimi czwórka jego bratanków i siostrzeńców, dwóch jego braci, i dwoje współlokatorów. Nie był ślepy i nie był idiotą – musiał przecież wiedzieć, że wszyscy i po godzinach robią co mogą, by powstrzymać śmierciożerców.
Szkoda tylko, że tak naprawdę mogli niewiele.
– Poza tym? Mój ukochany brat udzielił wywiadu Prorokowi, w którym określił śmierciożerców wieloma nieprzyjemnymi słowami. Pochwaliłam go za to, ale musimy uważać bardziej niż kiedykolwiek, sprawdzamy więc regularnie czy ktoś nie obserwuje domu i staramy się nie poruszać po Dolinie w pojedynkę. Poza tym zamieszkał z nami Julien Fitzpatrik. Potrzebował schronienia. To miły chłopak, nie będzie na pewno wchodził ci w drogę. I naprawdę bardzo nie lubi śmierciożerców.
Charles Rookwood – tak brzmiały prawdziwe imię i nazwisko Juliena. Ale tajemnica znana zbyt wielu osobom przestawała być tajemnicą, a biorąc pod uwagę charakter Longbottomów informacja, że przyjęli kogoś, kto potrzebował schronienia, nie powinna zaskakiwać.
– I chyba ostatnie… to Departament Tajemnic pewnie też bada, więc też powinnam cię uprzedzić. Podczas Beltane doszło do dziwnego zjawiska i niektóre pary połączyła magiczna więź. Podobno da się to złamać, ale nie znam szczegółów – rzuciła lekko, jakby to nie było coś, co żywo ją interesowało i o czym starała się dowiedzieć więcej przez ostatni tydzień.
Dwoista natura w pewnym sensie pasowała do Brenny, tak jak pasowała do Morpheusa, choć w zupełnie innym sensie. On miał jakby dwie twarze, inną dla rodziny, inną w pracy, i nosił maski, jak chyba wszyscy Niewymowni, kryjąc za nimi wiele rzeczy. Ona płynnie dostosowała się do okoliczności, równie szczera wtedy, kiedy w mundurze włóczyła się na Nokturnie, gdy w mugolskich, poszarpanych spodniach tarzała się po ziemi z psami, i kiedy na balu częstowała gości szampanem. Brano ją często za pajaca – i była w gruncie rzeczy tym rozgadanym pajacem – a potem schodziła w ciemność wampirzego grobowca.
Bliźnięta.
Powietrzny znak zodiaku.
Była powietrzem, czy ogniem, od którego brała swoje imię? Ogniem, który raz ogrzewał, raz spopielał?
– Mogę zagwarantować, że ja nie zapomnę. I pewnych rzeczy nie wybaczę – zapewniła, splatając dłonie na blacie. – Jeśli dowiem się czegoś więcej, poinformuję cię. Te potwory tkwią w końcu tuż za naszym płotem – powiedziała i odetchnęła. Wiedziała, że obecność Morpheusa nie zmieni tak naprawdę wiele, ale jednak po prostu dobrze było mieć go tutaj z powrotem. – Nie potrzebujesz za to jasnowidzenia, by wiedzieć, że nie będziemy po prostu siedzieć i niczego z tym nie robić. W końcu z popiołów rodzą się feniksy, prawda? – stwierdziła, obdarzając go uśmiechem. Morpheus nie był członkiem Zakonu, ale była nimi czwórka jego bratanków i siostrzeńców, dwóch jego braci, i dwoje współlokatorów. Nie był ślepy i nie był idiotą – musiał przecież wiedzieć, że wszyscy i po godzinach robią co mogą, by powstrzymać śmierciożerców.
Szkoda tylko, że tak naprawdę mogli niewiele.
– Poza tym? Mój ukochany brat udzielił wywiadu Prorokowi, w którym określił śmierciożerców wieloma nieprzyjemnymi słowami. Pochwaliłam go za to, ale musimy uważać bardziej niż kiedykolwiek, sprawdzamy więc regularnie czy ktoś nie obserwuje domu i staramy się nie poruszać po Dolinie w pojedynkę. Poza tym zamieszkał z nami Julien Fitzpatrik. Potrzebował schronienia. To miły chłopak, nie będzie na pewno wchodził ci w drogę. I naprawdę bardzo nie lubi śmierciożerców.
Charles Rookwood – tak brzmiały prawdziwe imię i nazwisko Juliena. Ale tajemnica znana zbyt wielu osobom przestawała być tajemnicą, a biorąc pod uwagę charakter Longbottomów informacja, że przyjęli kogoś, kto potrzebował schronienia, nie powinna zaskakiwać.
– I chyba ostatnie… to Departament Tajemnic pewnie też bada, więc też powinnam cię uprzedzić. Podczas Beltane doszło do dziwnego zjawiska i niektóre pary połączyła magiczna więź. Podobno da się to złamać, ale nie znam szczegółów – rzuciła lekko, jakby to nie było coś, co żywo ją interesowało i o czym starała się dowiedzieć więcej przez ostatni tydzień.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.