10.12.2023, 23:38 ✶
Ulysses odprowadził wzrokiem Cathala niosącego Letę. Na jego ustach pojawił się grymas wyrażający ni to rozbawienie, ni zdziwienie. Na myśl o tym, co właśnie zrobił Shafiq czuł się dziwnie. Z jednej strony ucieszyła go reakcja przyjaciela, to że dopilnował by zostali sami. Z drugiej, czy naprawdę aż tak łatwo było go przejrzeć? I czy to czasem nie oznaczało, że inni również mogli w nim czytać jak w otwartej księdze?
- Nie wystraszyłaś go – zaprzeczył cicho, znowu skupiając pełną uwagę na swojej towarzyszce.
Pochylił głowę by łatwiej jej było ściągnąć mu wianek i założyć drugi. Tym razem naprawdę się uśmiechnął i ten uśmiech był trochę nieporadny, pokazujący, że usta Rookwooda nie były nawykłe ani do uśmiechu, ani do śmiania się w ogóle.
Pokręcił głową.
- Jestem pewien, że nie chcę byś wręczyła go komuś innemu. – To był przytyk. Nie do końca świadomy, bo Ulysses nie chciał robić Danielle wyrzutów. W swojej głowie przeanalizował ich spotkanie na Beltane tyle razy i tyle razy dowiódł sobie, że miała prawo obdarować wiankiem Samuela, że naprawdę zdołał się z tym pogodzić. Ale teraz nie było obok nich Carrowa, więc był pierwszy i… i miał w sobie odwagę by wypowiedzieć te słowa na głos. Ba, miał w sobie nawet tyle odwagi by wyjść na nieporadnego głupca byle próbować sprawić jej przyjemność.
Zmarszczył brwi podchwytując spojrzenie uzdrowicielki. Świadomość, że chciała sprawdzić jego aurę była dziwna. Przyjemna i nieprzyjemna jednocześnie. Ulysses nie wiedział wcześniej, że była aurowidzką ale jej zdolności jakoś go nie zaskoczyły. Nie tak, jak chyba powinny.
Znieruchomiał, odruchowo broniąc jej dostępu. A potem, pewnie to wyczuła, musiała to wyczuć, ale niespodziewanie się rozluźnił a chroniącego go mury opadły. Widziała jak wokół niego zaczęła się pojawiać aura: przede wszystkim żółta, z czerwonymi i czarnymi rozbłyskami; aura człowieka obdarzonego umysłem ścisłym i chłonnym, próbującego ukrywać swoje emocje, choć te nieraz musiały być naprawdę gwałtowne. Ale była też jeszcze jedna zdolność Danielle, o której Ulysses nie wiedział i której się na pewno nie spodziewał, bo chociaż czuł się w tej chwili odważny, nie był na tyle odważny by odsłonić się przed nią aż tak. W miejscu gdzie stykały się ich ręce dostrzegła jego nici: różowo-czerwone emanowały z jego ręki i osiadały na jej.
Rookwood drgnął, kiedy usłyszał za sobą szept Szeptuchy. Mury, które na chwilę opadły, momentalnie wzniosły się wokół niego. Odwrócił głowę w stronę dziwnej wiedźmy. Odruchowo zacisnął mocniej rękę na ręce Danielle, jakby próbując ją ochronić przed mętnymi słowami obłąkanej wieszczki.
- Ja… - Chwilę wcześniej chciał się zgodzić, by ruszyli w stronę kramów i kupili sobie coś do picia. Teraz nie był do końca pewien, co właściwie powinien zrobić. Słowa Sally wprawiły go w konsternację. Odwaga niemal całkowicie mu minęła. Czekał na reakcję swojej towarzyszki, za wszelką cenę próbując nie analizować tego co właśnie usłyszeli.
- Nie wystraszyłaś go – zaprzeczył cicho, znowu skupiając pełną uwagę na swojej towarzyszce.
Pochylił głowę by łatwiej jej było ściągnąć mu wianek i założyć drugi. Tym razem naprawdę się uśmiechnął i ten uśmiech był trochę nieporadny, pokazujący, że usta Rookwooda nie były nawykłe ani do uśmiechu, ani do śmiania się w ogóle.
Pokręcił głową.
- Jestem pewien, że nie chcę byś wręczyła go komuś innemu. – To był przytyk. Nie do końca świadomy, bo Ulysses nie chciał robić Danielle wyrzutów. W swojej głowie przeanalizował ich spotkanie na Beltane tyle razy i tyle razy dowiódł sobie, że miała prawo obdarować wiankiem Samuela, że naprawdę zdołał się z tym pogodzić. Ale teraz nie było obok nich Carrowa, więc był pierwszy i… i miał w sobie odwagę by wypowiedzieć te słowa na głos. Ba, miał w sobie nawet tyle odwagi by wyjść na nieporadnego głupca byle próbować sprawić jej przyjemność.
Zmarszczył brwi podchwytując spojrzenie uzdrowicielki. Świadomość, że chciała sprawdzić jego aurę była dziwna. Przyjemna i nieprzyjemna jednocześnie. Ulysses nie wiedział wcześniej, że była aurowidzką ale jej zdolności jakoś go nie zaskoczyły. Nie tak, jak chyba powinny.
Znieruchomiał, odruchowo broniąc jej dostępu. A potem, pewnie to wyczuła, musiała to wyczuć, ale niespodziewanie się rozluźnił a chroniącego go mury opadły. Widziała jak wokół niego zaczęła się pojawiać aura: przede wszystkim żółta, z czerwonymi i czarnymi rozbłyskami; aura człowieka obdarzonego umysłem ścisłym i chłonnym, próbującego ukrywać swoje emocje, choć te nieraz musiały być naprawdę gwałtowne. Ale była też jeszcze jedna zdolność Danielle, o której Ulysses nie wiedział i której się na pewno nie spodziewał, bo chociaż czuł się w tej chwili odważny, nie był na tyle odważny by odsłonić się przed nią aż tak. W miejscu gdzie stykały się ich ręce dostrzegła jego nici: różowo-czerwone emanowały z jego ręki i osiadały na jej.
Rookwood drgnął, kiedy usłyszał za sobą szept Szeptuchy. Mury, które na chwilę opadły, momentalnie wzniosły się wokół niego. Odwrócił głowę w stronę dziwnej wiedźmy. Odruchowo zacisnął mocniej rękę na ręce Danielle, jakby próbując ją ochronić przed mętnymi słowami obłąkanej wieszczki.
- Ja… - Chwilę wcześniej chciał się zgodzić, by ruszyli w stronę kramów i kupili sobie coś do picia. Teraz nie był do końca pewien, co właściwie powinien zrobić. Słowa Sally wprawiły go w konsternację. Odwaga niemal całkowicie mu minęła. Czekał na reakcję swojej towarzyszki, za wszelką cenę próbując nie analizować tego co właśnie usłyszeli.