Tak, życie było cenne i niewiele ludzi miało szansę przeżyć je po raz drugi. Czy więc warto było się podporządkowywać woli innych? Głównie rodziny, która patrzyła na własne korzyści, nie na szczęście swych dzieci. Płacz nic tu nie zmieniał, może pozwalał oczyścić psychikę z toksyn, pokazywał, że bolało, więc można było zadziałać, o ile w ogóle miało się do tego siłę.
– To nie była tragedia. Znaczy… Chyba nigdy ci o tym nie mówiłam, ale o ile z początku byłam wściekła, to później zaczęłam patrzeć na to zupełnie inaczej. Jak na szansę dla mnie – nie patrzyła na Laurenta, a ciągle na to morze. Na fale spokojnie rozbijające się o brzeg. Nie widziała ludzi, tylko wodę. – Sparowano mnie z osobą, której nie będę musiała żegnać na cmentarzu po dwóch miesiącach, przynajmniej nie w teorii. Dano mi czas, bym mogła go poznać, a nie wrzucono mnie od razu w narzeczeństwo jak poprzednio. I dla ciebie to tragedia, a dla mnie to… Po prostu stan? Nie oczekiwano by ode mnie zajścia w ciążę, nikt by mnie do niczego nie zmuszał. To pozwoliło mi się zastanowić, czego ja właściwie chcę. Nie czego inni chcą ode mnie, ani czego się ode mnie oczekuje. Nie jaka jest wola rodziny. Mogłam zajrzeć w głąb siebie i stwierdzić, że to nie jest wcale żadna katastrofa i że mi to w gruncie rzeczy jakoś bardzo nie przeszkadza. Jak wszystko, ma to swoje plusy i minusy, ale znasz mnie. Od razu zaczęłam się zastanawiać czy mogę za pomocą eliksirów stworzyć coś, co ułatwiłoby mu tę egzystencję? Do tej pory raczej tylko się gada o tym, żeby pomóc wampirom, ale czy ktoś tak naprawdę coś z tym zrobił? – nie i nikt. Chociaż słyszało się głosy, że Ministerstwo powinno coś zrobić, by wampiry pomóc przywrócić do ludzkiej postaci, lecz do tej pory było to dla Victorii czcze gadanie. Ale teraz już wiedziała, że jest to jak najbardziej możliwe. Problemem był tylko… czas. Jej czas. Czy w ogóle będzie go miała? A jeśli nie… to chciałaby ten czas, który jej pozostał, przekuć w coś wartego uwagi. W coś, co się komuś przysłuży… I wcale nie chciała tego czasu przesiedzieć pod parasolem, spychając swoje emocje w kąt. Laurent uważał, że wampir to nie towarzysz dla niej, dla nikogo – ale nie wiedział, że to ten wampir dał jej możliwość spojrzenia na swoje życie i zrozumienia co w nim nie gra. Że dobrze by było wyrwać się spod wpływu rodziców. Że to on otworzył jej oczy na wiele spraw, że sprawił, że chciała działać, ale też, że chciała się przed kimś otworzyć i kimś… zaopiekować. To był cały proces, wiele w tym było z wychodzenia z własnej strefy komfortu, lecz Victoria tego nie żałowała. – To prawda. Ale można też poszukać sojuszników. Czasy się zmieniają – poza tym mieli wojnę… Czy naprawdę w takich czasach trzeba było patrzyć na dawno utarte schematy i powinności, które nijak nie były regulowane przez prawo, a które za miesiąc mogą przestać mieć jakieś znaczenie?
Małżeństwo jednego z dzieci Edwarda. Laurent bardzo uważnie dobierał słowa i była pewna, że zrobił to celowo. I chyba już wiedziała, do czego to wszystko zmierza i wcale jej się to nie podobało. Nie, bo niedawno sama była w takiej sytuacji. Nie, bo wręcz dwa razy rodzina ją w to wrobiła, bo mieli takie widzimisię. Poznanie Sauriela to nie był kłopot, jak już Victoria ustaliła, natomiast chodziło o sam fakt. Plus to, że gdy jednak coś nie poszło po myśli matki, to Victorii się za to oberwało. I to ostatecznie przelało szalę goryczy.
– Cóż za wyszukany prezent. Zaręczyny jednego z dzieci męża – Victoria skrzywiła się lekko i odwróciła w końcu spojrzenie od morza, by przenieść je na Laurenta. – Zaręczyny powinny być dla zaręczanych, a nie jako wymuszony prezent urodzinowy – nawet jej matka nie miała takich pomysłów. Pierwsze zaręczyny miała niedługo po własnych urodzinach, w dacie totalnie niezwiązanej z niczym, a drugie w Beltane, jako dobra wróżba. Nie chciała obrażać Aydayi… No dobrze, może trochę chciała. Denerwowały ją niemożebnie takie zagrywki. – Czystej krwi i wybrany przez nią samą. Czego tu chcieć więcej? – Prewettowie wszystko już przecież mieli, nie zbiednieją od zaręczyn czy ślubu. Dlaczego by więc nie mieli go dobrze przyjąć?
A potem Laurent zaczął mówić – że chciałby małżeństwa, ależ był z niego romantyk w duszy. To akurat Victoria wiedziała od dawna – że był marzycielem-romantykiem, który trochę buja w obłokach, ale nie było w tym nic złego. I jednocześnie szukał ciągle nowych doznań, ciągle zauraczał się, by zaraz odkryć, że to nic takiego i poszukiwać dalej, nigdzie nie chcą zagrzać miejsca na dłużej. Był to jego wybór i jego decyzja, tak długo jak tym nikogo nie krzywdził… w tym siebie, to było chyba w porządku? Lestrange wiedziała, że na przykład ona by takiego trybu życia nie zniosła, że uschłaby jak kwiatek bez wody, gdyby zakochała się w kimś, kto ciągle szuka czegoś i kogoś innego, choćby miał wracać.
– Tak ci powiedzieli? Że jesteś im coś winien? – zapytała poważnie po chwili. – Że jesteś im winien swoje szczęście, dlatego, że ich własne zostało zniszczone przez ich rodziców i tak dalej i tak dalej? – spokojnie ze stuknięciem odłożyła pustą już filiżankę na spodeczek i uważnie spojrzała na Laurenta spod firany czarnych jak smoła rzęs. – Mamy jedno życie, a gdy ono się skończy, to w Limbo czekamy na tych, którzy byli nam bliscy, by do nas dołączyli. Widziałam to. I nieomal sama tam zostałam, nawet nie wiesz, jakie to było kuszące. Więc czy warto swoje szczęście składać na ołtarzu pragnień rodziców? Moim zdaniem nie warto, Laurent. Bo życie mamy jedno i jedną szansę na szczęście. Nie daj sobie wmówić, że jesteś komukolwiek cokolwiek winien. Nie jesteś – bo nie był. Ani Edwardowi, ani Aydayi, jej samej też nie był nic winien. Ale znała te zagrywki aż za dobrze. Isabella stosowała je skutecznie przez całe życie swojego najstarszego dziecka. – Dlatego uważasz, że to, co chcesz, jest niemożliwe? – zapytała już dużo łagodniej i nawet uśmiechnęła się do mężczyzny siedzącego naprzeciwko niej.