To nie tak, że była… NO DOBRA, Elaine była cholernie lekkomyślna, naiwna i ufna. Uwielbiała wszelkiego rodzaju kłopoty, przygody i znajomości. Nie potrafiła przejść obojętnie obok dziwnego człowieka i nie zapytać o to dlaczego jest smutny, albo nie pomóc zejść kotu z drzewa, który okazuje się być jakimś animagiem. Kochała ludzi, kochała ich poznawać, ale kochała też nowe miejsca, więc prędzej czy później zaciągnęłaby Felixa w jakieś nieodpowiednie miejsce. Znalazła pod jednym z barów nóż Flynna, dalej jakieś zapalniczki, kurtkę, drugiego buta, ale niekoniecznie do pary z tym Felixowym. Znalazła też miskę, którą ktoś jej ukradł z jej wozu i wiele innych rzeczy, które należały do Bellów. Gdy Felix przeczesywał jeden z barów Elaine zajęła się jednym bezdomnym, który miał na sobie koszulę Alexa. Wymieniła się z nim za łyżkę drewnianą do zupy. Wszystko lądowało w koszyku, gdzie miała kanapki, które wcześniej przygotowała w wozie. Chyba powinni zacząć grawerować ich wszystkie rzeczy i wyszywać ubrania opisując adresem Bellów, bo byli niemożliwi w rozrzucaniu tego wszystkiego po mieście.
W końcu dotarli do lasu, gdzie Elaine nawet się nie zawahała tylko weszła między drzewa. Tam też znalazła kilka rzeczy, ale z czasem odkryła, że jednak się zgubili. Czuła, że Felix był sfrustrowany, ale bawiło ją to trochę. Gdy dotarła do szachownicy oczy aż się jej zaświeciły w zachwycie. Weszła na nią jako pierwsza i wspięła się sprawnie na konika. Szybko jednak odkryła, że miejsce było najwyraźniej zaczarowane. Uśmiechnęła się przepraszająco do jej przyjaciela, a gdy chciała zsunąć się z konia ten zarżał głośno i poruszył się niebezpiecznie.
– Kurwa, Felix, ja też – przedrzeźniła go i skuliła się, gdy miecze wystrzeliła w stronę Felixa. – Uważaj, nie ruszaj się – rzuciła. – Mam nadzieję, że nie. Chcesz kanapkę? – zapytała patrząc na swój koszyk zawierzony na uchu konia.