Plan był następujący: udać się do skrytki w Banku Gringotta i zdeponować paczkę, następnie udać się do Olivandera, aby zrobił mu przegląd różdżki, bo zrobił w podróży kilka rys na drewnie, w międzyczasie, gdy będą trwały oględziny, wpaść do pani Nory, niemal rodziny na tym etapie, aby przekazać słodycze dla Mabel i kupić ciastka dla Brenny.
Morpheusa nie było od zeszłego roku w Londynie, ale nawet, gdy nie jechał w delegację w dalekie strony, zwyczajnie mało go było czy to na Pokątnej czy w domu Longbottomów. Wszyscy już się przyzwyczaili, że stanowił coś w rodzaju legendy, ducha, którego można czasami spotkać na korytarzu w ciągu nocy. Morpheus pracował bardzo dużo i zapewne gdyby nie śmierć jego brata w maju, wróciłby do Anglii dużo później. Jako Niewymowny miał tajemnice nawet przed rodziną, a jako jasnowidz czasami zapominał, że część jego wiedzy nie wynika ze zwykłej obserwacji, a ze spogladania w przyszłość.
I jak na jasnowidza przystało, nie przewidział burzy w Londynie.
Gęste chmury, które okryły stolicę ciemnym całunem i zmieszały dzień z nocą, zaciemniając zarówno magiczne dzielnice, jak i te mugolskie, pęczniały cały ranek, coraz bardziej brzemienne deszczem. W tym czasie nad Doliną Godryka lśniło złote oko Horusa, dając pierwsze posmaki letniego skwaru na skórze, chociaż tym razem akurat Morpheus wyglądał, jakby spędził cały sierpień zażywając kąpieli słonecznych. Klimat śródziemnomorski posłużył mu dobrze na cerę.
Jakież więc było jego zdziwienie, gdy w sekundę po deportacji, jego szaty zmieniły się w mokre płachty obciążające jego ramiona.
Normalnie nie ubierał się całkowicie na czarno, jednakże nadal nosił żałobę po bracie, więc tym bardziej przypominał przemoczonego nietoperza, gdy tak stał na Pokątnej.
Zrezygnował z wizyty u różdżkarza, biegnąc do banku, zatrzymując się dwa razy pod markizami sklepowymi, aby złapać oddech w płucach obklejonych dymem papierosowym.
Wyglądając iście niewyjściowo, ociekając wodą na posadzkę goblińskiego przybytku, udało mu się wykonać pierwszą część planu.
Z kłuciem w boku, tak zwaną kolką, od biegania oczywiście, niemal ślizgając się na kocich łbach Pokątnej, dotarł do trzeciego miejsca, które planował odwiedzić. Pchnął drzwi i wszedł do środka.
— Może i będzie jeszcze dobry, pani Noro — również się przywitał. — Chciałem kupić kilka ciastek dla dzieciaków... Znaczy moich siostrzenic i bratanka.
Zreflektował się na końcu, zdając sobie sprawę, że kobiecie zdecydowanie bliżej do nich, niż do niego. Przy obecnej greckiej opaleniźnie, siwe włosy na skroniach, pośród kruczych pasm, które zaczynały się kręcić, zmoczone deszczem, wydawały się jeszcze wyraźniejsze, niż zwykle.