Odetchnął z ulgą, gdy Brenna zaczęła bredzić o oddychaniu. No, przynajmniej ducha nie będzie miał na głowie, ale tak naprawdę mocno w środku zmartwił się, że ona umrze na jego oczach. Tego by nie zniósł. Może i pakowała się w kłopoty często, ale nie chciał, aby umierała na wypadzie z nim. Może sobie umierać w każdym innym momencie, ale nie tu, nie teraz.
– Jesteś walnięta – odebrał od niej kajdanki i podszedł najpierw do kopniętego mężczyzny, którego zakuł do jakiegoś drzewa, a potem przytargał za nogę tego drugiego i przykuł do drugiego. Zapewne obóz zaraz zostanie ostrzeżony przez tamtego, co uciekła. Cholera. Spojrzał w kierunku, w którym widział, że ten wcześniej uciekał. Wrócił do Brenny, wyciągnął z paska nożyk, którym rozciął jej rękaw bluzy, a następnie transmutował go w bandaż i obwiązał jej głowę, aby nie ciekła jej tak krew na gębę. – Masz jakieś eliksiry? – o tym nie pomyślał i nie zabrał ich z domu.
– Może powinienem pójść tam i sam to sprawdzić? – zapytał – Ten goguś co zwiał zaraz ich ostrzeże i będzie chujnia – był zły, że to się tak skończyło. Brenna nie powinna tak oberwać. Było ich tylko trzech i co? I im nie wyszło?