11.12.2023, 22:27 ✶
Głupia odwaga, było określeniem, którego zapewne wiele osób użyłoby w stosunku do Gryfonów i przynajmniej kilka – wobec Longbottomów. Fianna była jedną z tych Gryfonów odważnych nieco mniej. Zawahała się, a jej dłoń pobiegła ku różdżce dopiero, kiedy Morpheus wydobył własną. I chyba nie pobiegłaby ku źródłu krzyku – bo było jasne ktoś znowu został zaatakowany, gdyby nie to, że zrobił to Longbottom.
Co innego nie rzucić się do przodu w sytuacji potencjalnego zagrożenia, a co innego zostawić w potencjalnie niebezpiecznej sytuacji kolegę z roku samemu sobie.
– PANIE PROFEEESORZE!!! – wydarła się, wzywając profesora bliżej niesprecyzowanego, trochę w nadziei, że ktoś to wezwanie usłyszy, a trochę z myślą o tym, że jeżeli przed nimi był jakiś morderca bądź straszliwy potwór, to umknie może, słysząc, że może nadciągnąć grono pedagogiczne. A potem pobiegła w ślad za Morpheusem, również z różdżką w ręku.
A jednak tą, która wybiegła ku nim korytarzem, nie była żadna bestia. Olivia Hornby, ta sama, którą nie tak dawno posłano na poszukiwanie Marty, i która tego ranka dokuczała jej okrutnie z powodu brzydkich okularów, wypadła zza rogu i zderzyła się z Morpheusem. W pierwszej chwili zdawało się, że rzuci się do ucieczki, że okrutnie ją przeraził: z piskiem odepchnęła go, po czym wpadła na ścianę i wreszcie dotarło do niej, że wpadła na dwóch innych uczniów.
– O-ona n-n-n-ie żyje – wyksztusiła Olivia, trzęsąc się na całym ciele. – Ona tam j-jest – dodała jeszcze, wskazując palcem gdzieś w korytarz, nie precyzując ani kto nie żyje, ani gdzie jest. Fianna głośno nabrała powietrza w płuca, wolną ręką przysłoniła usta.
– Jak to: nie żyje?! Kto?!
– Marta! Marta Warren! Jest w łazience! Leży tam martwa i patrzyła na mnie! I powiedziała, że to moja wina! – zawołała Olivia, po czym osunęła się po ścianie w dół, na podłodze. Fianna zamarła znowu, przez chwilę niezdecydowana. Blada jak sama śmierć, przerażona.
– Biegnę po dyrektora, nie idź tam sam, Moprheus, zabierz stąd Olivię! – poprosiła, po czym nie czekając na odpowiedź ruszyła pędem korytarzem w przeciwną stronę.
Co innego nie rzucić się do przodu w sytuacji potencjalnego zagrożenia, a co innego zostawić w potencjalnie niebezpiecznej sytuacji kolegę z roku samemu sobie.
– PANIE PROFEEESORZE!!! – wydarła się, wzywając profesora bliżej niesprecyzowanego, trochę w nadziei, że ktoś to wezwanie usłyszy, a trochę z myślą o tym, że jeżeli przed nimi był jakiś morderca bądź straszliwy potwór, to umknie może, słysząc, że może nadciągnąć grono pedagogiczne. A potem pobiegła w ślad za Morpheusem, również z różdżką w ręku.
A jednak tą, która wybiegła ku nim korytarzem, nie była żadna bestia. Olivia Hornby, ta sama, którą nie tak dawno posłano na poszukiwanie Marty, i która tego ranka dokuczała jej okrutnie z powodu brzydkich okularów, wypadła zza rogu i zderzyła się z Morpheusem. W pierwszej chwili zdawało się, że rzuci się do ucieczki, że okrutnie ją przeraził: z piskiem odepchnęła go, po czym wpadła na ścianę i wreszcie dotarło do niej, że wpadła na dwóch innych uczniów.
– O-ona n-n-n-ie żyje – wyksztusiła Olivia, trzęsąc się na całym ciele. – Ona tam j-jest – dodała jeszcze, wskazując palcem gdzieś w korytarz, nie precyzując ani kto nie żyje, ani gdzie jest. Fianna głośno nabrała powietrza w płuca, wolną ręką przysłoniła usta.
– Jak to: nie żyje?! Kto?!
– Marta! Marta Warren! Jest w łazience! Leży tam martwa i patrzyła na mnie! I powiedziała, że to moja wina! – zawołała Olivia, po czym osunęła się po ścianie w dół, na podłodze. Fianna zamarła znowu, przez chwilę niezdecydowana. Blada jak sama śmierć, przerażona.
– Biegnę po dyrektora, nie idź tam sam, Moprheus, zabierz stąd Olivię! – poprosiła, po czym nie czekając na odpowiedź ruszyła pędem korytarzem w przeciwną stronę.