Ta. Lubienie osoby, która nie lubi cię w ten sam sposób było denerwujące, frustrujące i powodujące bezradność, bo mogłeś patrzeć na tę osobę, wyobrażać sobie jak trzyma twoją dłoń, ale to nigdy się nie stanie, bo nigdy ta osoba cię nie zechce, a ty będzie przy niej trwać na tyle, na ile zostanie w tobie siły. Rozsądku w takich sytuacjach nie było, rozsądek uciekał, chował się za chorym pragnieniem posiadania i trwania u boku tej osoby. Mogłaby go zrozumieć, ale nie chciała. Nie chciała sobie uświadamiać tego, że on patrzył na nią jako tę, której pragnął. Ona była w takim wieku, że takie relacje chciała rozwijać powoli, drobnymi kroczkami, aby się nie sparzyć, aby nie cierpieć, bo nie potrafiła odpowiednio się jeszcze zachować. Serce dudniło jej w uszach, gdy na niego patrzyła. Przestąpiła z nogi na nogę i złapała za swoją szklankę alkoholu, z której od razu się napiła. Nie działało. Po prostu. Było jak ohydny w smaku sok.
– Prawda – odpowiedziała – Ale są różne rodzaje bliskich znajomości – dodała jeszcze, bo nie chciała, aby wyobrażał sobie za wiele. Nie chciała, aby źle ją zrozumiał, bo teraz nie znali się na tyle dobrze, aby mogła mówić o tym, że chce być z nim teraz blisko. Teraz chciała się po prostu rozluźnić i go poznać, zobaczyć jego mądrą głowę, a nie męską stronę, tą brudną i plugawą jaką posiadał każdy mężczyzna. Nawet Oleander nie był czysty, prawda? Na pewno miał coś brudnego w swojej głowie.
– W tym miejscu możesz być kim chcesz – odparła – po prostu udawaj tego, kim chcesz być – dla niej było to proste, bo jeśli nie chciała być Mayą, mogła być Desmondem, jeśli nie chciała być Desmondem, mogła być nauczycielem zielarstwa. Wystarczyło, że odpowiednio by się skupiła. Pod tym względem dogadywała się też z Oleandrem.