Tak, trudno jej było zrozumieć to, że Desmond nie chciał być sobą, ale nie potrafił też udawać. Ona potrafiła i to za dobrze czasami, ale jednocześnie gubiła się w tym kim sama była, jak chciała reagować na różne osoby. Teraz też nie potrafiła z nim rozmawiać, bo drażnił ją jego głos upojony alkoholem. Był ohydny, nieprzyjemny i sprawiający, że czuła się niekomfortowo, a nie była masochistką, aby czuć się w ten sposób. Gdy się poruszył obserwowała każdy jego ruch. Chciał stąd wyjść, a może oddzielić się od niej, odgrodzić?
Spodobała się jej jego odpowiedź. Była dziwnie i niepokojąco szczera, ale przynajmniej wiedziała, że nie udawał. Z drugiej strony widziała, że się hamował, słyszała jego złość w głosiei nie rozumiała tych powodów. Nie siedziała w jego głowie, nie siedziała w jego sercu i nie chciała ciągnąć go za język, aby jej odpowiedział, aby określi to, czego od niej chciał. Powoli, jak ruszający pociąg ze stacji do Hogwartu.
– Dobrze – odparła po naprawdę długiej ciszy. – Czemu nie chcesz być sobą? Co jest w tym takiego złego? – wyrzuciła z siebie czując jak w gardle zbiera się jej dziwna gula, bo nie potrafiła zrozumieć do końca Desmonda i paraliżował ją stres. Zmusiła się do tego, aby zrobić dwa kroki w jego kierunku, ale nie obeszła kanapy, stała na przeciw niego po drugiej stronie.