Maya była ostrożna z relacjami z innymi osobami. Wychowała się w innym świecie, jeszcze na pierwszym roku dziwiła się, że sporo dzieci ma w domu ojców, że w ogóle mężczyźni tak blisko byli kobiet. Fascynujące to było da niej zjawisko, ale nie potrafiła go zrozumieć. Ona swojego nigdy nie poznała i w sumie nie chciała go znać. Jeśli ją zostawił to oznaczało, że był tchórzem. Dlatego tak bardzo miała gdzieś opinię mężczyzn na jej temat. Nie czuła obrzydzenia, bo ją cholernie ciekawiło to, co Desmond krył w środku. Był fascynująco ciekawy. Maya może i była ostrożna, ale nie potrafiła wyzbyć się swojej ciekawości, dlatego czasami obserwowała ludzi z daleka, śledziła ich po korytarzach sprawdzając ich nawyki i drobne sekrety. Desmonda czasami też śledziła, ale tylko po to, aby zobaczyć, gdzie chadzał Oleander.
Chodziło o alkohol? Chyba tak. Zapewne tak. Nie potrafiła wysnuć innej teorii. Rzucił się na butelkę tak jakby był to życiodajny napój, więc nic dziwnego, że o tym pomyślała. Sama Maya zawsze uważała ludzi uzależnionych od jakichś używek za żałosnych, ale jej rodzina na takich żałosnych ludziach zarabiała, więc starała się nie oceniać ich głośno. Zamrugała kilka razy, gdy dostrzegła jego mokre oczy, spuściła szybko wzrok, aby go nie krępować.
– Dzień minął spokojnie, a tobie? Widziała dzisiaj jak śpiewali ci w pokoju wspólnym – z chęcią przyjęła zmianę tematu, bo nie chciała, aby ten czuł się źle. Raczej krępowały ją łzy drugiej osoby, nie chciała go postrzegać jako tych słabych mężczyzn. – Nie mam, raczej będę siedzieć z rodziną i robić takie tam rzeczy, ale możesz się odezwać to moglibyśmy gdzieś wyjść – powiedziała powoli, robiąc krótkie pauzy w trzech miejscach jakby nie była pewna, czy o to mu chodziło. – A ty? – chciała zapytać, czy spotka się z Oleandrem, ale w porę ugryzła się w język wiedząc, że to mogło się mu nie spodobać. Zauważyła to już wcześniej.