Dziwne rzeczy robiły z ludźmi te sabatowe wieńce. Przydawały im odwagi, dodawały urody, oczarowywały siłą czy nęciły nadzieją na miłość. Z jakiegoś jednak powodu, kiedy Murtagh nałożył na swoją głowę wieniec, nie poczuł żadnego specjalnego efektu. Przez chwilę poczuł ukłucie rozczarowania. Wszyscy w okół zdawali się odczuwać efekty swoich wieńców natychmiast, z jego siostrą włącznie. On sam jeden nie poczuł zupełnie nic. Skonsternowany zdjął wieniec, popatrzył na niego nieufnie a potem zauważył zmrużony i utkwiony w nim wzrok Agathy i natychmiast założył wieniec z powrotem. Czy to możliwe, że jeśli on nie wierzył w Matkę to i ona przestawała wierzyć w niego? Wcale nie miał ochoty, żeby czarownica doniosła jego rodzicom na tą sytuację, nawet jeśli już dawno przestał być częstym - czy nawet okazjonalnym - gościem w kowenie czy w domu Macmillanów.
Uśmiechnął się do Sarah i Leviathana, którzy wydawali się naprawdę dobrze czuć w swoim towarzystwie, zważywszy na to, że chyba dopiero niedawno się poznali a tego samego dnia mieli przysięgać sobie wieczną miłość i zapewniać o intencji wejścia w uświęcony związek małżeński. Cieszyło go to. Mimo tego, że chętnie wepchnąłby Sarę w ramiona kogokolwiek, byle by odciągnąć ją jak najdalej od tego co miało się zacząć dziać na froncie świata magicznego, to jednak cieszyło go, że kandydat na męża został przez nią zaakceptowany. Była w końcu jego młodszą siostrą, miło było patrzeć na jej szczęście.
Jego wzrok podążył za wskazywaniem Leviathana i Murtagh pokiwał głową, potem jednak dostrzegł w tłumie błysk blond włosów, gibką kibić i przy niej włosy ciemne niczym smoła i ta twarz... Już sekundę później obie kobiety zostały pochłonięte przez tłum, ale Murtagh był pewny, że mu się nie przywidziało. Co, na samego Slytherina, robiła na sabacie Diana Mulciber, w dodatku w towarzystwie Loretty Lestrange... Czy może też już Mulciber?
- Wspaniale było cię poznać, i zobaczyć ciebie siostrzyczko. - zwrócił się do młodych z roztargnieniem. - Ale niestety muszę was na chwilę przeprosić. Zachowajcie mi jednak kieliszek ognistej, jeśli jakiś się znajdzie. Za chwilkę wracam. - Co on robił? Nie wypadało tak nagle opuszczać towarzystwa w którym się znalazł. Miał być przy zaręczynach, miał spędzić ten dzień z Sarą, tak żeby uspokoić nieco jej sumienie w związku z jego szemranymi biznesami. Co więcej, po co w ogóle chciał szukać Diany? Przecież nie widzieli się na oczy już od wielu miesięcy, a ona uparcie traktowała go jakby był niczym więcej niż znajomym jej znajomych. Jak gdyby cała przeszłość, która ich łączyła, nigdy nie istniała. A może wcale nie szukał Diany, a raczej Loretty - piwnooka femme fatale jeszcze pół roku temu zawróciła mu w głowie, by obecnie przysiąc wierność jego najlepszemu przyjacielowi, pozostawiając jego emocje w kompletnej rozsypce już po raz drugi w jego życiu.
Obie były dla niego niczym oliwa dolana do ognia - rozpalając go, a jednocześnie grożąc pożogą, która spali wszystko na swojej drodze, pozostawiając sczerniałe popioły. A jednak lgnął do nich, jak ćma do dwóch gibkich, ulotnych płomieni świec, oferujących chwilową jasność i ciepło, w zamian za odebranie mu skrzydeł a może i życia. Odnalazł je niedługo później, niedaleko ognia. Uświadomiwszy sobie co właśnie robi, zatrzymał się stropiony i wpatrzył się w płomienie, jakby wcale ich nie szukał, po prostu przechadzał się po sabacie. Co miałby powiedzieć, podchodząc do nich? Jakie wytłumaczenie miał, aby przerywać im coś, co widocznie było prywatną konwersacją. Wianek okraszał jego głowę, lekko przekrzywiwszy się w drodze a koszula wydała mu się nagle zdecydowanie niestosowna. Czy wyglądał dobrze, i co go to w ogóle obchodziło? Obie kobiety, dla których istniało miejsce w jego sercu były mężatkami i żadna z nich nie była jego żoną.
@Sarah Macmillan @Leviathan Rowle @Diana Mulciber @Loretta Lestrange!płomienie
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London