Nie kontynuował rozmowy. Wiedział, że nie było sensu, że czasu też mieli mało, a Brenna chciała się wykrwawić mu na rękach. Nie podobało mu się to. Nie chciał jej tutaj tracić, ani zostawiać, ani też aby się rozszczepiała, ale Brenna bez rzęs i brwi musiałaby śmiesznie wyglądać. Nawet to sobie wyobraził, dla uspokojenia swojej duszy i myśli. Tak radził sobie ze stresem, żartując, kpiąc, wyobrażając sobie niestworzone rzeczy. W końcu dotarli na miejsce, złapał ją tak, aby nie musiała się wysilać, nie musiała się męczyć i bardziej tracić krwi. Klął w myślach, ale milczał. O dziwo, był naprawdę milczący, nie chciał nic powiedzieć, co mogłoby sprawić, że Longbottom jeszcze by pomyślała, że mu na niej zależy. To było głupie.
Gdy tylko położył ją na kanapie poleciał do szafek w kuchni. Przeszukał jedną i znalazł dwie fiolki eliksiru wiggenowegoido tego jeszcze pół dawki eliksiru uzupełniającego krew. Podał jej je szybko, aby wzięła dla siebie odpowiednią dawkę. Nalał też jej wody, aby mogła się napić i naprawdę odpocząć. Odebrał od niej adres, wysłał odpowiednią informacje i tyle. Chodził nerwowo po pokoju, miał ochotę wrócić do tamtego lasu i przypilnować tamtych gości, ale nie chciał jej też tak zostawiać, bo chuj wie co jej strzeli do głowy.
– Przyciągasz kłopoty jak magnes – prychnął tylko i w końcu, gdy nerwy już go opuściły zajął się swoimi ranami. Mniej ich zdecydowanie miał niż sama Brenna. Ubrał też na siebie ciuchy, bo jego ulubiona koszulka w strzępach tamowała krew wypływającą z jej ciała. Gdy już siebie ogarnął, pościągał jej prowizoryczne bandaże i założył cos bardziej sterylnego. Jak już nabrała siły zabrał ją do jej domu, przeniósł się z nią, aby upewnić się, że faktycznie zostanie tam, a nie pójdzie na jakąś akcję i to bez niego. Mając pewność, że jest w odpowiednich rękach wrócił do siebie.