19.11.2022, 18:32 ✶
TW: fantazjowanie o morderstwie i kanibalizmie
Taksował ją chłodnym spojrzeniem, dopalając w spokoju papierosa, zupełnie tak, jakby od tamtej chwili nie był już uczestnikiem tejże sprzeczki, a jedynie postronnym widzem przedstawienia Loretty. Milczał uparcie nawet wtedy, gdy zbędny i zdecydowanie zbyt kosztowny podarek od dawnej kochanki został wytrącony z jego dłoni. Nie przerywał jej monologu, choć nerwowe obracanie tutki pomiędzy palcami świadczyło, że zwyczajnie go nudził.
Oczywiście, że był wściekły, bardziej niźli kiedykolwiek. Upokorzyła go przed rodziną i znajomymi swym nieodpowiednim strojem i zachowaniem, bezczelnie śmiała mu się w twarz, twierdząc, że zrobiła to z premedytacją, a do tego ośmieliła się wytrącić mu z dłoni JEGO papierośnicę. Wszystko w nim wrzało, jednakże im większą frustrację czuł, tym spokojniejszy stawał się na zewnątrz. Nie należał bowiem do mężczyzn, którzy od razu przelewają swój gniew w pieści; gdyby tak było, nie miałby szans na karierę w Wizengamocie.
Tylko przez moment – zaledwie ulotne mgnienie, gdy rzucał niedopałek w wilgotną trawę, a jego uwagę przykuł sporych rozmiarów kamień – pomyślał o tym, że w gruncie rzeczy mógłby dać upuść swojej frustracji. Zakończyć to wszystko, tak, jak zakończył istnienia tamtych dwóch mugolskich kurew. Mógłby z łatwością ją powalić na ziemię, a potem chwycić za ten nieszczęsny kamień i zadawać cios za ciosem, aż lepki szkarłat nie oblepiłby jego dłoni, nie zbroczyłby śnieżnej bieli koszuli, a spomiędzy fragmentów roztrzaskanej czaszki nie wylewałby się mózg; w przypadku panny Lestrange raczej gładki, niż pofałdowany.
Mógłby zakopać ją w tym ogródku, obok ławki pod dziką jabłonią i odwiedzać ją codziennie. Mógłby też zabrać ją do mieszkania i oprawić jak zwierzynę, wyciąć gałki oczne i wsadzić je do formaliny, aby już zawsze patrzyły tylko na niego. Mógłby ugotować głowę i zachować spękaną czaszkę jako suwenir – wsadziłby w nią świeczkę i postawił na szafce nocnej, a skórą oprawiłby swój dziennik. Serce i wątrobę mógłby zjeść jeszcze tego samego dnia, razem z młodymi ziemniakami kupionymi na rynku. Resztę zachowałby na później i delektował się nią kawałek po kawałku, dozując tę przyjemność.
Mógłby, ale nie chciał dać jej tej satysfakcji i okazać choć cień gniewu. Zamiast jego zbliżył się do niej i ujął jej lico w swe duże dłonie.
— Zabiję cię kiedyś — odparł słodko, a następnie pochylił się nad Lorettą i złożył pocałunek na jej ustach. Delikatny i niewinny, jak za czasów ich pierwszych schadzek.
Taksował ją chłodnym spojrzeniem, dopalając w spokoju papierosa, zupełnie tak, jakby od tamtej chwili nie był już uczestnikiem tejże sprzeczki, a jedynie postronnym widzem przedstawienia Loretty. Milczał uparcie nawet wtedy, gdy zbędny i zdecydowanie zbyt kosztowny podarek od dawnej kochanki został wytrącony z jego dłoni. Nie przerywał jej monologu, choć nerwowe obracanie tutki pomiędzy palcami świadczyło, że zwyczajnie go nudził.
Oczywiście, że był wściekły, bardziej niźli kiedykolwiek. Upokorzyła go przed rodziną i znajomymi swym nieodpowiednim strojem i zachowaniem, bezczelnie śmiała mu się w twarz, twierdząc, że zrobiła to z premedytacją, a do tego ośmieliła się wytrącić mu z dłoni JEGO papierośnicę. Wszystko w nim wrzało, jednakże im większą frustrację czuł, tym spokojniejszy stawał się na zewnątrz. Nie należał bowiem do mężczyzn, którzy od razu przelewają swój gniew w pieści; gdyby tak było, nie miałby szans na karierę w Wizengamocie.
Tylko przez moment – zaledwie ulotne mgnienie, gdy rzucał niedopałek w wilgotną trawę, a jego uwagę przykuł sporych rozmiarów kamień – pomyślał o tym, że w gruncie rzeczy mógłby dać upuść swojej frustracji. Zakończyć to wszystko, tak, jak zakończył istnienia tamtych dwóch mugolskich kurew. Mógłby z łatwością ją powalić na ziemię, a potem chwycić za ten nieszczęsny kamień i zadawać cios za ciosem, aż lepki szkarłat nie oblepiłby jego dłoni, nie zbroczyłby śnieżnej bieli koszuli, a spomiędzy fragmentów roztrzaskanej czaszki nie wylewałby się mózg; w przypadku panny Lestrange raczej gładki, niż pofałdowany.
Mógłby zakopać ją w tym ogródku, obok ławki pod dziką jabłonią i odwiedzać ją codziennie. Mógłby też zabrać ją do mieszkania i oprawić jak zwierzynę, wyciąć gałki oczne i wsadzić je do formaliny, aby już zawsze patrzyły tylko na niego. Mógłby ugotować głowę i zachować spękaną czaszkę jako suwenir – wsadziłby w nią świeczkę i postawił na szafce nocnej, a skórą oprawiłby swój dziennik. Serce i wątrobę mógłby zjeść jeszcze tego samego dnia, razem z młodymi ziemniakami kupionymi na rynku. Resztę zachowałby na później i delektował się nią kawałek po kawałku, dozując tę przyjemność.
Mógłby, ale nie chciał dać jej tej satysfakcji i okazać choć cień gniewu. Zamiast jego zbliżył się do niej i ujął jej lico w swe duże dłonie.
— Zabiję cię kiedyś — odparł słodko, a następnie pochylił się nad Lorettą i złożył pocałunek na jej ustach. Delikatny i niewinny, jak za czasów ich pierwszych schadzek.