Jego stoicki spokój, tak odrealniony od sytuacji, w której brutalnym teatrze się znaleźli, potęgował jej gniew, kreślący grymas niesmaku na twarzy Lestrange – na ogół oblepionej słodkim rumieńcem i żarliwym, pogodnym uśmiechem – teraz jednak, w swej okrutnej krasie przepełnionej goryczą i złością, kołtuniącą się w mikrym wnętrzu. W jej sercu momentalnie otworzyły się bramy piekielne, same pola Hadesu, a ona najchętniej wrzuciłaby go w odmęty rzeki Styks. Wzięła głęboki wdech; tylko on powstrzymał nieludzki szał i wzburzenie, bulgoczące pod mleczną skórą, przysłonięte aroganckim skrzyżowaniem ramion na piersi. Chciała zatopić paznokcie w jego skórze, potrząsnąć gorączkowo, zadać mu niewysłowiony ból i im chyżej tonęła w myślach tego sortu, tym bardziej świerzbiły ją dłonie.
Bo ona przecież nie opanowała gry stoickiego spokoju, z jakim on maskował swoje prawdziwe emocje budujące się we wnętrzu; stała wręcz w opozycji ze swoim narwaniem i łatwością w prowokacji, ze swoją paletą uczuć, które dosłownością można było odczytać z obsypanego piegami lica. Możliwe, iż było to znamię typowe dla artystki, a jej łatwość w ekspresji – równa kilkunastolatce – rysowała jej obraz jak wylewnej i emocjonalnej. W istocie rzeczy tak przecież było; niezmywalny uśmiech ściągały jedynie gęste opary gniewu, w których budziło się w niej coś, co przerażało.
Momentalnie zapragnęła jego bólu, aby trawiła go agonia i aby padł trupem u jej stóp; i nagłe, gorliwe „kocham cię” wybrzmiewało w zupełnie innym kontekście, oblepione słodkim sokiem kłamstwa. Chciała jego krzywdy, a spojrzenie mimowolne na toczącą się po żwirze papierośnicę, jedynie wzmagało tę okrutną potrzebę, aby poczuć na swoich dłoniach jego krew. Nienawidziła samej myśli, jakoby Yaxley miał być posiadany przez inną personę, niż ona; nienawidziła, gdy udowadniał jej, że nie jest niezastąpiona; nienawidziła go na rozciągłości tych tchnień. Bo jakkolwiek uważał ją za swoją własność, tak ona uważała go za własną.
Czując dłonie na policzkach, wyraz złości na jej twarzy zelżał, ustępując subtelnemu zdziwieniu. Trwała tak przez momenty spopielane w chwile, próbując rozczytać jego intencje – na próżno. Dopiero głos oblany słodyczą, sprowadził na jej oblicze miękki uśmiech.
– Jeśli kiedykolwiek miałby mnie ktoś zabić, chcę abyś był to ty – odparła żarliwie.
Nacisk jego ust był subtelny, jak te ulotne skrzydła motyla metafory; niczym nie przypominał ognistych pocałunków, które składał na jej wargach gorączkowo. Był delikatny i ulotny, przypominał jej o pierwszych chwilach spędzanych w jego dusznym towarzystwie; rozbudzał mikrokosmos zmysłowej pamięci, która odnotowywała na przestrzeni lat każde odciśnięcie warg na jej skórze.
Nie wystarczało jej to jednak w żadnej mierze.
Zatopiła paznokcie w jego karku prędko, dociskając go do siebie gorączkowo. Lekkość pocałunku nie współgrała z gniewem, który wciąż tlił się na dnie duszy, błagając o pierwsze skrzypce we wzburzonym umyśle. Chciała przecież więcej; chciała poczuć krzywdę, na którą w końcu zasłużyła. Pogłębiając pocałunek, nie miała dobrych intencji.