14.12.2023, 11:58 ✶
Ciało Marty nie nosiło żadnych widocznych śladów przemocy. Nie było krwi, świeżych siniaków, rozdartego ubrania. Wyglądała, jakby po prostu padła martwa.
Istniały zaklęcia, które mogły doprowadzić do czegoś takiego. Konkretnie jedno zaklęcie, malujące świat zielenią - jasną i niewiele mającą wspólnego z nadzieją. Ale kto w Hogwarcie mógłby znać magię tak czarną i tak straszliwą? I dlaczego miałby użyć tego czaru wobec Marty, denerwującej, owszem, ale mającej zaledwie czternaście lat?
W łazience panowała cisza.
Nie było tu nikogo oprócz Morpheusa i...
...Marty Warren.
Dwóch Mart Warren.
Marta Warren umarła, ale nie odeszła. Porwana ku limbo, zawróciła ze ścieżki, a potem wróciła i czekała, czekała godzinami aż znajdą jej ciało. Wyfrunęła teraz z kabiny, jakby przyzwana swoim imieniem i spojrzała na Morpheusa, oczami, które zdawały się dziwnie wielkie przez szkła okularów. Bo wciąż nosiła te okulary, brzydkie, o grubych oprawkach, z których tak śmiała się Olivia Hornby. Śmierć nie uczyniła jej ładniejszą, nie odmieniła jej w żaden sposób: bardzo przypominała tę samą osobę, którą widział żywą ledwo tego dnia przy śniadaniu. Wciąż się garbiła, wciąż miała krosty na twarzy, wciąż była nieładną dziewczynką, pozbawioną uroku, nawet w jej oczach - jak często na korytarzach i podczas lekcji - wciąż lśniły ślady łez. Tyle tylko że teraz była półprzezroczysta, emanująca chłodem, jak wszystkie inne duchy, nawiedzające Hogwart. Wciąż była tutaj, po tej stronie, a jednak Morpheus, może przez Trzecie Oko, a może tylko przez wyobraźnię, czuł całym sobą, że dziewczyna nie należała już do tego świata.
I nieważne, jak mocno by się starał, nie potrafiłby zobaczyć jej przyszłości.
Marta Warren właściwie jej już nie miała – po tej stronie pozostał po niej tylko ślad, który chwilę temu zapewne tak przeraził Olivię Hornby.
Istniały zaklęcia, które mogły doprowadzić do czegoś takiego. Konkretnie jedno zaklęcie, malujące świat zielenią - jasną i niewiele mającą wspólnego z nadzieją. Ale kto w Hogwarcie mógłby znać magię tak czarną i tak straszliwą? I dlaczego miałby użyć tego czaru wobec Marty, denerwującej, owszem, ale mającej zaledwie czternaście lat?
W łazience panowała cisza.
Nie było tu nikogo oprócz Morpheusa i...
...Marty Warren.
Dwóch Mart Warren.
Marta Warren umarła, ale nie odeszła. Porwana ku limbo, zawróciła ze ścieżki, a potem wróciła i czekała, czekała godzinami aż znajdą jej ciało. Wyfrunęła teraz z kabiny, jakby przyzwana swoim imieniem i spojrzała na Morpheusa, oczami, które zdawały się dziwnie wielkie przez szkła okularów. Bo wciąż nosiła te okulary, brzydkie, o grubych oprawkach, z których tak śmiała się Olivia Hornby. Śmierć nie uczyniła jej ładniejszą, nie odmieniła jej w żaden sposób: bardzo przypominała tę samą osobę, którą widział żywą ledwo tego dnia przy śniadaniu. Wciąż się garbiła, wciąż miała krosty na twarzy, wciąż była nieładną dziewczynką, pozbawioną uroku, nawet w jej oczach - jak często na korytarzach i podczas lekcji - wciąż lśniły ślady łez. Tyle tylko że teraz była półprzezroczysta, emanująca chłodem, jak wszystkie inne duchy, nawiedzające Hogwart. Wciąż była tutaj, po tej stronie, a jednak Morpheus, może przez Trzecie Oko, a może tylko przez wyobraźnię, czuł całym sobą, że dziewczyna nie należała już do tego świata.
I nieważne, jak mocno by się starał, nie potrafiłby zobaczyć jej przyszłości.
Marta Warren właściwie jej już nie miała – po tej stronie pozostał po niej tylko ślad, który chwilę temu zapewne tak przeraził Olivię Hornby.