„Najdłuższy okres żałoby dla brata lub siostry wynosi sześć miesięcy, a najkrótszy cztery miesiące. Podczas najdłuższego okresu, tj. sześciu miesięcy, czerń powinna być noszona przez pięć miesięcy, z odrobiną bieli po dwóch miesiącach, pół-żałoba przez jeden miesiąc. Po miesiącu diamenty, spinki, broszki itp.; złoto po dwóch miesiącach. Podczas najkrótszego okresu, tj. czterech miesięcy, czerń powinna być noszona przez dwa miesiące, a pół-żałoba przez dwa”. Tak zapisano w małej książeczce, stojącej na półce w bibliotece Longbottomów, którą przywiozła ze sobą jego matka, gdy wprowadziła się, porzucając rodową siedzibę Slughornów. Jego matka urodziła się w zupełnie innych czasach, gdy socjeta dużo ciaśniej trzymała się zasad, a co za tym idzie, wpoiła mu, najmłodszemu synowi, temu dla matki. „Maniery i zasady dobrego społeczeństwa, czyli solicyzmy, których powinien unikać członek arystokracji” autorstwa Fredericka Warne'a z 1888 roku często stanowiły znaczną pomoc dla Morpheusa w okolicznościach społecznych zasad czarodziejów. Co i jak, niekoniecznie dlaczego, ale to potrafił sobie wyjaśnić, chociażby tym, że arystokracji się zwyczajnie nudzi i muszą wymyślać zasady, aby nie dać po sobie poznać, że srają tak jak inni przeciętni ludzie czy czarodzieje.
Tak jak po Aurorze nosił żałobę przez cztery miesiące, tak i po Derwinie zamierzał. Czarna szata nie była domyślnym ubiorem Morpheusa, który co prawda nosił się raczej w ciemniejszych barwach, ale szybciej w winne czerwienie i szmaragdy, niż nudną czerń. Zwłaszcza w lipcu, kiedy słońce zaczynało przyjemnie grzać. Musiał jednak to oddać bratu. Gdy tylko wrócił do Anglii, kazał Malwie zamówić dla niego pięć czarnych koszul, dwie pary czarnych spodni oraz dwie proste czarne szaty, bez żadnych zdobień, z gładkiego, niepołyskliwego materiału. Miał kilka sztuk odzieży w czerni w zapasie, zawsze, poza koszulami. Na białe przyjdzie czas za dwa miesiące. Tak sztywne ramy pomagały mu z myślami o własnej śmiertelności.
Spacerując po ogrodzie, myśląc o ostatnich zdarzeniach, przypomniała mu się rozmowa z pogrzebu Aurory. Jej bracia zastanawiali się, który z nich będzie następny. Wszyscy wytypowali jego, Morpheusa, chociaż ich praca na co dzień dużo bardziej niebezpieczna, z jakiegoś powodu ambicje związane z Departamentem Tajemnic i tym, co nieodkryte, stanowiły dla nich podstawowy argument. Albo zginiesz, albo dostaniesz na głowę, czyli właściwie to samo. Trzeba będzie cię pochować za życia. Musiał przyznać, że ich rozumowanie nie było nieprawidłowe.
Do malowanego płotu przywiódł go zapach farby. Zauważył plamę czerwieni, znajomy strój roboczy. To musiał być Erik, bo coś mu przemknęło w przyszłości szwagierki, że zamierza mu zlecić jakieś bardzo upierdliwe zadanie. Wcale się nie dziwił kobiecie. Oboje jej dzieci chodziło z celownikiem na plecach i życzeniem śmierci na ustach, ciągle się w coś pakowało i unikało tragicznego losu o włos, a zagrożenie po morderstwie Derwina stało się tym bardziej realne.
— Ładnie cię Elise zrobiła — zaśmiał się do bratanka i wtedy zaatakował go pędzel.
Akcja nieudana
Próbował go uniknąć, ale zyskał tylko tyle, że dostał farbą prosto w twarz.