Poszum kartoników ucichł i dłonie Morpheusa zastygły w połowie ruchu. Miał dość duże dłonie o długich palcach, idealne do nieco większego rozmiaru kart w talii. Czyżby przeszkadzał jej ze swoimi kartami? Może ich nie lubiła? Trochę się zląkł w kwestii tego ostatniego, bo podarował jedną ze swoich talii Mabel i tłumaczył czasami zasady i znaczenia, oczywiście odpowiednie do wieku dziewczynki. Zaraz jednak się zreflektował, bo zapewne wiedziała o tym i skoro wcześniej nic nie mówiła, to nie chodziło o antypatię do wróżbiarstwa.
— Schować czy rozłożyć? — odłożył karty na bok, koszulkami do góry, aby nie ukazać obrazka, między ich filiżanki z kawą, jako propozycję. Napił się kawy kolejnym niezbyt dużym łykiem i nie czekając na odpowiedź, kontynuował, aby zapewnić ją o swojej gotowości do wróżenia. Dar profetyczny płynął w jego żyłach i śpiewał słodkie melodie, niczym instrument, idealnie nastrojony, tuż przy jego uchu i tylko dla jego przyjemności. Uwielbiał rozczytywać barwy nici, które jeszcze nie trafiły na krosno rzeczywistości, a jeszcze zawijały się na wrzecionie, surowe, niezabarwione jeszcze ostatecznym faktem realizacji. Ani przecięcia.
Czasami prowadziło to też do zguby.
— Uformuj pytanie tak, aby nie dało się na nie odpowiedzieć tak lub nie. Spróbuj z Co? Jak? Nie rozkładam jedynie na ciążę, nieważne czyją.
[a]Spojrzał na zegarek i obliczył godzinę planetarną w głowie. W astrologii Księżyc również był uznawany za planetę, tak samo jak słońce i właśnie on panował nad niebem, nie dosłownie, były godziny dzienne, ale w magicznym znaczeniu. W myślach przywołał więc inkantację, aby siła patronowała mu podczas wróżenia. Księżycu, porządku i wiedzo o świecie, figuro z nieba, pocieszycielko nocy i królowa świata oraz spętanych duchów. Księżycu, znaku czasu, przyzywam cię.