15.12.2023, 10:43 ✶
Rodolphus sam nie przepadał za teleportacją. Korzystał z niej tylko wtedy, gdy musiał - uczucie było nieprzyjemne, a ryzyko rozszczepienia duże. Zdecydowanie wolał kominki fiuu lub świstokliki. Te drugie były wygodniejsze, tak po prostu, a po co rezygnować z wygodnych rzeczy?
Rodolphus stał przed chatą, owinięty czarnym, wełnianym płaszczem. Czekał na Roberta mimo pogody, która - krótko mówiąc - nie należała do najprzyjemniejszych. Wiał tu mocny, porywisty wiatr, który przeszywał ich ciała nawet pomimo ciepłego ubrania. Szarpał poły płaszcza i kosmyki włosów, rozbijał się o policzki i wdzierał do oczu, powodując łzawienie, jeśli się tylko wystawiło w jego stronę twarz. Na ich szczęście nie padał deszcz, chociaż sądząc po niebie, to miało się za chwilę zmienić.
- Miejsce na końcu świata - potwierdził, odwracając się całym ciałem do Roberta. I on nie wyciągnął w jego stronę ręki - nienawidził tego rodzaju przywitań. Uważał, że spokojnie każdy mógłby się obejść bez dotyku tego typu, wystarczyłoby skinięcie głową czy po prostu rozpoczęcie rozmowy. Nienawidził small talków, nigdy zresztą nie był w nich dobry, chyba że miały konkretny cel.
Chata stała w niezbyt gęstym lasku, ukryta między drzewami. Bez instrukcji znalezienie jej byłoby trudne, ale nie niemożliwe. Wyglądała... Biednie. Trochę jak rudera, chociaż gdy Robert się przyjrzał, to dostrzegł solidne drzwi niepasujące do rudery, a także szczelne okna. Drewno wydawało się przegniłe, ale nie mogło być to prawdą, bo w innym przypadku nie zachowałyby się okna i drzwi w tak dobrym stanie. Chata została magicznie postarzona, by z daleka nie zachęcała do odwiedzin, gdyby komuś udało się przełamać zaklęcia maskujące i zabezpieczające.
- Z daleka jej nie widać, mugole jej nie zobaczą nawet, gdy przejdą obok. Zabezpieczam ją zaklęciami, gdyby komuś przyszło tu w okolicy węszyć, tak na wszelki wypadek - powiedział, ruszając do drzwi. Wyciągnął różdżkę i wyszeptał kilka słów. Zamek jakby zamigotał srebrną poświatą, zafalował i zmienił się w mosiężną klamkę. Rodolphus ją nacisnął i wszedł do środka, podejrzewając że nawet gdyby puścił Mulcibera przodem, ten nie zechciałby wejść jako pierwszy.
Wnętrze wyglądało tak, jak wnętrze poprzedniej chaty. Surowe, puste, drewniane ale nowe. Trochę zbyt nowe, pachniało tu świeżym drewnem, żywicą i czymś jeszcze. Unosił się tu charakterystyczny zapach remontu i magii. Dwa pokoje: ten, w którym stali i ten naprzeciwko, z uchylonymi drzwiami. Jedno biurko, czarna zamykana drewniana szafa, para krzeseł i odznaczająca się klapa w podłodze. Lestrange miał dziwny pociąg do piwnic.
- Na dole jest więcej miejsca, ale jest zimniej. Ciężko to ogrzać, gdy nie przychodzi się tu regularnie - powiedział, zerkając na nierozpalony kominek. Nie chciał teraz podpalać szczap drewna, bo jeszcze nie rozwiązał problemu z dymem, który unosiłby się z komina. - Poprzedni właściciel chętnie wyłożył pieniądze na remont, lecz zginął tragicznie, przygnieciony belą drewna, zanim zdążył remontowaną w tajemnicy ruinę przekazać swoim potomnym, przed którymi trzymał ten sekret, licząc że sprawi im miłą niespodziankę na nowej drodze życia.
Lestrange cmoknął, jakby ze zmartwieniem. Aczkolwiek wyraźnie było czuć w tym odgłosie fałsz. Rodolphus nie ściągał jeszcze rękawiczek, chcąc najpierw się należycie ogrzać, bo przecież mimo tego, że kominek był nierozpalony, to chociaż tutaj nie wiało. Wiatr wściekle uderzał w okna i ściany. Dach skrzypiał nieprzyjemnie, lecz wydawał się solidny. Jeśli jednak będą chcieli przebywać tu częściej, na pewno będzie trzeba wprowadzić kilka zmian. I rozwiązać problem z ogrzewaniem.
- Udało mi się zdobyć dokumenty ze szpitali mugolskich. Nie było to trudne, bardziej czasochłonne - powiedział, przechodząc do rzeczy. Spojrzał na szafę, lecz na razie się w jej kierunku nie ruszał. - Wybrałem to miejsce ze względu na lokalizację, zapomnienie o nim oraz cały segment pod ziemią. Jest prawie tak samo dużo miejsca, jak tu.
To się nieczęsto zdarzało. To, że znalazł coś takiego, to był prawdziwy cud. Albo grzebanie w biurze zagospodarowania przestrzennego i dyskretne zniszczenie dokumentów, poświadczających że w ogóle tutaj kiedykolwiek był jakiś budynek.
Rodolphus stał przed chatą, owinięty czarnym, wełnianym płaszczem. Czekał na Roberta mimo pogody, która - krótko mówiąc - nie należała do najprzyjemniejszych. Wiał tu mocny, porywisty wiatr, który przeszywał ich ciała nawet pomimo ciepłego ubrania. Szarpał poły płaszcza i kosmyki włosów, rozbijał się o policzki i wdzierał do oczu, powodując łzawienie, jeśli się tylko wystawiło w jego stronę twarz. Na ich szczęście nie padał deszcz, chociaż sądząc po niebie, to miało się za chwilę zmienić.
- Miejsce na końcu świata - potwierdził, odwracając się całym ciałem do Roberta. I on nie wyciągnął w jego stronę ręki - nienawidził tego rodzaju przywitań. Uważał, że spokojnie każdy mógłby się obejść bez dotyku tego typu, wystarczyłoby skinięcie głową czy po prostu rozpoczęcie rozmowy. Nienawidził small talków, nigdy zresztą nie był w nich dobry, chyba że miały konkretny cel.
Chata stała w niezbyt gęstym lasku, ukryta między drzewami. Bez instrukcji znalezienie jej byłoby trudne, ale nie niemożliwe. Wyglądała... Biednie. Trochę jak rudera, chociaż gdy Robert się przyjrzał, to dostrzegł solidne drzwi niepasujące do rudery, a także szczelne okna. Drewno wydawało się przegniłe, ale nie mogło być to prawdą, bo w innym przypadku nie zachowałyby się okna i drzwi w tak dobrym stanie. Chata została magicznie postarzona, by z daleka nie zachęcała do odwiedzin, gdyby komuś udało się przełamać zaklęcia maskujące i zabezpieczające.
- Z daleka jej nie widać, mugole jej nie zobaczą nawet, gdy przejdą obok. Zabezpieczam ją zaklęciami, gdyby komuś przyszło tu w okolicy węszyć, tak na wszelki wypadek - powiedział, ruszając do drzwi. Wyciągnął różdżkę i wyszeptał kilka słów. Zamek jakby zamigotał srebrną poświatą, zafalował i zmienił się w mosiężną klamkę. Rodolphus ją nacisnął i wszedł do środka, podejrzewając że nawet gdyby puścił Mulcibera przodem, ten nie zechciałby wejść jako pierwszy.
Wnętrze wyglądało tak, jak wnętrze poprzedniej chaty. Surowe, puste, drewniane ale nowe. Trochę zbyt nowe, pachniało tu świeżym drewnem, żywicą i czymś jeszcze. Unosił się tu charakterystyczny zapach remontu i magii. Dwa pokoje: ten, w którym stali i ten naprzeciwko, z uchylonymi drzwiami. Jedno biurko, czarna zamykana drewniana szafa, para krzeseł i odznaczająca się klapa w podłodze. Lestrange miał dziwny pociąg do piwnic.
- Na dole jest więcej miejsca, ale jest zimniej. Ciężko to ogrzać, gdy nie przychodzi się tu regularnie - powiedział, zerkając na nierozpalony kominek. Nie chciał teraz podpalać szczap drewna, bo jeszcze nie rozwiązał problemu z dymem, który unosiłby się z komina. - Poprzedni właściciel chętnie wyłożył pieniądze na remont, lecz zginął tragicznie, przygnieciony belą drewna, zanim zdążył remontowaną w tajemnicy ruinę przekazać swoim potomnym, przed którymi trzymał ten sekret, licząc że sprawi im miłą niespodziankę na nowej drodze życia.
Lestrange cmoknął, jakby ze zmartwieniem. Aczkolwiek wyraźnie było czuć w tym odgłosie fałsz. Rodolphus nie ściągał jeszcze rękawiczek, chcąc najpierw się należycie ogrzać, bo przecież mimo tego, że kominek był nierozpalony, to chociaż tutaj nie wiało. Wiatr wściekle uderzał w okna i ściany. Dach skrzypiał nieprzyjemnie, lecz wydawał się solidny. Jeśli jednak będą chcieli przebywać tu częściej, na pewno będzie trzeba wprowadzić kilka zmian. I rozwiązać problem z ogrzewaniem.
- Udało mi się zdobyć dokumenty ze szpitali mugolskich. Nie było to trudne, bardziej czasochłonne - powiedział, przechodząc do rzeczy. Spojrzał na szafę, lecz na razie się w jej kierunku nie ruszał. - Wybrałem to miejsce ze względu na lokalizację, zapomnienie o nim oraz cały segment pod ziemią. Jest prawie tak samo dużo miejsca, jak tu.
To się nieczęsto zdarzało. To, że znalazł coś takiego, to był prawdziwy cud. Albo grzebanie w biurze zagospodarowania przestrzennego i dyskretne zniszczenie dokumentów, poświadczających że w ogóle tutaj kiedykolwiek był jakiś budynek.