15.12.2023, 15:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.01.2024, 01:11 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine tylko przewróciła oczami, kiedy Antoni wspomniał o oglądaniu się za nim na korytarzu; tak, jakby nie miała nic lepszego do roboty, tylko dniami i nocami wypatrywała jego kędzierzawej czupryny i ujmujących uśmieszków, jak pierwsza lepsza z licznych groupies bandy Borgina, gotowa mdleć, kiedy Anthony przeczesał rączką spływające mu na czoła loki… Musiała przestać przewracać oczami, bo zaraz dostanie oczopląsu. Ale to nie było takie łatwe, kiedy tak korciło ją, żeby mu pojechać.
Ładny z ciebie chłopczyk, skwitowała w myślach, odwzajemniając bez cienia skrępowania jego zawadiackie spojrzenie, ale jesteś za mało zepsuty, żeby umieć tę urodę wykorzystać, a jednocześnie zbyt rozpuszczony, by brać cię poważnie. Uśmiechała się jednak, kiedy raczył ją swoimi żarcikami, bo szczerze przepadała za podszytymi słodką ironią dyskusjami o wszystkim i o niczym.
Po cóż miałaby dzielić się z nim szczegółami przeprowadzanej przezeń psychoanalizy? Taką już miała naturę, że każdą interakcję międzyludzką rozkładała na czynniki pierwsze, i nie wahała się wydawać w głowie szybkich, ostrych sądów na temat innych, choć przecież nie całkowicie bezpodstawnych, bo popartych ogólnym wrażeniem, przypadkowymi obserwacjami ich zachowania, i losowymi strzępkami informacji, którymi dzielili się w czasie bezpośrednich rozmów… Lorraine była już w tym wieku, że zdawała sobie sprawę ze złożoności człowieczej natury, ale była też do bólu pragmatyczna, i kierowała się przy tym przekonaniem, że większość ludzi jest mimo wszystko, raczej prosta.
…Nastoletni chłopcy na kacu również zaliczali się do tej kategorii.
– Dlaczegóż miałabym owijać sobie Stanisława wokół palca? – zapytała bez ogródek, kiedy Antoni ni z tego, ni z owego, zaczął ją swatać ze swoim kuzynem. Nie skomentowała jego komplementów na temat swojego wyglądu z tej prostej przyczyny, że te jak komplementy nie brzmiały – bardziej przypominały chłodną analizę zaplecza wojskowego jakiegoś totalitarnego państwa. Co lepiej sprawdziłoby się przy podboju? Jasne włosy i niebieskie oczy? A może granaty i czołgi?
O dziwo, Lorraine nie wydawała się wcale urażona kalkulacjami Borgina. Dlaczego miałaby się gniewać? Zdążyła już się przyzwyczaić do tego, że mężczyźni od zawsze patrzyli na nią wyłącznie przez pryzmat posiadanej urody: tym im była starsza, tym bardziej to zauważała… Ale i tym częściej to wykorzystywała, a przynajmniej próbowała, bo czasami mimo wszystko czuła się szalenie nieśmiała...
...Czemu kompletnie przeczyła zawartość pergaminu, na który właśnie przelewała podszyte flirtem słówka i słóweczka, zastanawiając się, jak wiele erotyzmu wpleść w list do Otto. Czy porównanie jego fizjognomii do lica Che Guevary uzna za wystarczający komplement – w końcu lubił cygara tylko z Kuby – czy może powinna użyć jakiegoś typa podejrzewanego o wampiryzm, jak np. car Mikołaj? A może Charlie Chaplin by się nadał?? Podobno też lubił młodsze… Nagle zdała sobie sprawę, że jej niemoralne propozycje przez przypadek znalazły się na fragmencie pergaminu, na którym zdążyła już zapisać z tyłu adres cioteczki, po prostu świetnie. Gorzej byłoby tylko, gdyby spryskała list do krewnej perfumami ukradzionymi z jej toaletki…
Westchnęła, poirytowana, i wyciągnęła nowy kawałek papieru, stwierdzając, że równie dobrze może zacząć pisanie od nowa.
– Widzisz, ja wiem niemalże wszystko o przeznaczeniu. Pięć moich książek z wróżbiarstwa w tym roku miało to słowo w tytule! Wniosek był taki, że jeżeli nie urodziłeś się pod właściwą gwiazdą, na podstawie samego profilu astrologicznego można cię od razu skierować na oddział zamknięty świętego Munga. Albo do Azkabanu… – Rozparła się wygodnie na siedzeniu, kiedy ciągnęła nagle podjęty wywód. Rozmowa z Anthonym była miłym przerywnikiem do pisania listu. – Potem, podczas poradnictwa zawodowego usłyszałam z kolei, że każdy z nas sam decyduje o swoim losie, i przeznaczenie jest w moich rękach. Więc… Z jednej strony chcę wierzyć, że sama kształtuję własną przyszłość, a z drugiej – jest tyle rzeczy, na które nie mam wpływu. Chcąc nie chcąc, bywamy po prostu wypadkową działań otaczających nas ludzi. – Wzruszyła ramionami, a kąciki ust drgnęły jej – trochę jak do uśmiechu, trochę jak do płaczu. – Może przez to, że weszłam do tego przedziału, zaburzyłam jakiś odgórnie ustalony bieg wydarzeń i... ten pociąg się wykolei. Kto wie.
Spojrzała badawczo na Anthony’ego, zanim odpowiedziała na jego pytanie o Lorettę. – Nie widzę. – Widzę panikę w twoich oczach, i to mi wystarczy, pomyślała. – Ale to okoliczność sprzyjająca. Przecież przy niej wstydziłbyś się mówić o sprawach uczuciowych, a ja nie byłabym aż tak okrutna, by cię o nie pytać w obecności Lore. Więc? Boisz się, że toaleta w pociągu jest mniej romantyczna od łazienki Marty? – zakpiła. Choć w tej kpinie tkwiło jakieś ziarno prawdy, bo przecież nie mogła porównać zalanej łazienki, gdzie flirtowała z Atreusem, do tego pociągowego, smutnego sracza, w którym jeszcze przed chwilą wypłakiwała oczy.
Skoro tak wspaniałomyślnie zaczął ją swatać ze Stanisławem, czuła się jednak w obowiązku odwzajemnić sentyment. – Może idź ją znaleźć. Zanim wszyscy zginiemy w tej katastrofie kolejowej? – pociągnęła dalej żart.
Może sama powinna posłuchać swojej rady, i zamiast ciotki skreślić te kilka zdań do Atreusa już teraz?
Ale Anthony zdecydował się nagle zostać ekspertem od analizy kolorów, sugerując, że jej szmaragdowozielona letnia sukienka powinna być różowa, a najlepiej, jakby sama Lorraine jeszcze srała tęczą, bo to takie typowo dziewczęce podobno. Uśmiech Malfoy pozostał jednak w dalszym ciągu ucieleśnieniem uprzejmości.
– A tobie mówił ktoś, że jak tak zaczynasz ruszać ustami, to wszyscy nagle mają ochotę przyłożyć ci w twarz? – zauważyła grzecznie.
A powinieneś być przecież taki układny i dobrze wychowany, siedzieć cicho, i słuchać rodziców – jak na takiego arystokratycznego kawalera przystało! – zamiast po nocach oddawać się pijackiej rozpuście, a za dnia nagabywać damy.
Ale nie powiedziała tego na głos.
Może powinna, bo nagle Anthony zaanektował jej przestrzeń osobistą, przypuszczając atak na jeden ze złotych kosmyków okalających jej twarz. Kiedy tak patrzyła z bliska na jego przystojną twarz, zaczynała rozumieć, co musiały czuć te wszystkie dzierlatki, z którymi tak bezwstydnie flirtował; rozumiała ten błysk w oczach Loretty, kiedy ta opowiadała w tajemnicy o skradzionym mu pocałunku; rozumiała, dlaczego tak wiele koleżanek wzdychało nad skrętem jego wilgotnych loczków i rysem klaty prześwitującej spod mokrej koszulki, zamiast pomóc Lorraine wydostać się z jeziora. Może gdyby nie spędziła tego dnia, oscylując między wściekłością a rozpaczą, nawet spodobałaby się jej ta nachalna bliskość… Może.
Może gdyby chłopakiem obok niej nie był Anthony Borgin. Może gdyby ona nie była Lorraine Malfoy.
Niezbadane są jednak wyroki przeznaczenia.
– Po pierwsze – wyszeptała, dopasowując ton głosu tak, by najbardziej przypominał ten, jakiego właśnie użył: cichy, przesycony flirtem, miękki... Jej oczy były jednak zimne i uważne. – Zostaw moje włosy, Borgin. – Odsunęła się nieznacznie od chłopaka, oczywiście tylko na tyle, na ile pozwalała jej pozycja w kącie przedziału. Nie uciekła jednak przed wzrokiem Tony’ego.
– Po drugie, zależy, co masz do zaoferowania. – Szelmowski uśmieszek wykwitł nagle na jej ustach. Jeszcze przed chwilą pytał, jak może się odwdzięczyć za to, że uratowała go od samotności w drodze do domu… Tak po prawdzie, Lorraine nie paliła, i nie lubiła palić – stroniła od wszelkich używek, bo ogarniał ją paniczny strach, że odezwą się w niej geny skłonności do uzależnień, jakie przejawiał jej ojciec – więc normalnie oddałaby mu całą paczkę za standardową cenę, wcale nie zatęskniwszy za smrodem nikotyny. – Wiesz, jaka jest moja ulubiona waluta? Sekrety. – Kto może w końcu wiedzieć, co za skarby kryją się w torbie tego niuchacza?
Chyba, że masz coś cenniejszego, jestem otwarta na negocjacje, chciała przez chwilę dodać, ale zdecydowała się tajemniczo milczeć. Ktoś jej przecież niedawno doradził, że nie należy odsłaniać wszystkich kart.
Ładny z ciebie chłopczyk, skwitowała w myślach, odwzajemniając bez cienia skrępowania jego zawadiackie spojrzenie, ale jesteś za mało zepsuty, żeby umieć tę urodę wykorzystać, a jednocześnie zbyt rozpuszczony, by brać cię poważnie. Uśmiechała się jednak, kiedy raczył ją swoimi żarcikami, bo szczerze przepadała za podszytymi słodką ironią dyskusjami o wszystkim i o niczym.
Po cóż miałaby dzielić się z nim szczegółami przeprowadzanej przezeń psychoanalizy? Taką już miała naturę, że każdą interakcję międzyludzką rozkładała na czynniki pierwsze, i nie wahała się wydawać w głowie szybkich, ostrych sądów na temat innych, choć przecież nie całkowicie bezpodstawnych, bo popartych ogólnym wrażeniem, przypadkowymi obserwacjami ich zachowania, i losowymi strzępkami informacji, którymi dzielili się w czasie bezpośrednich rozmów… Lorraine była już w tym wieku, że zdawała sobie sprawę ze złożoności człowieczej natury, ale była też do bólu pragmatyczna, i kierowała się przy tym przekonaniem, że większość ludzi jest mimo wszystko, raczej prosta.
…Nastoletni chłopcy na kacu również zaliczali się do tej kategorii.
– Dlaczegóż miałabym owijać sobie Stanisława wokół palca? – zapytała bez ogródek, kiedy Antoni ni z tego, ni z owego, zaczął ją swatać ze swoim kuzynem. Nie skomentowała jego komplementów na temat swojego wyglądu z tej prostej przyczyny, że te jak komplementy nie brzmiały – bardziej przypominały chłodną analizę zaplecza wojskowego jakiegoś totalitarnego państwa. Co lepiej sprawdziłoby się przy podboju? Jasne włosy i niebieskie oczy? A może granaty i czołgi?
O dziwo, Lorraine nie wydawała się wcale urażona kalkulacjami Borgina. Dlaczego miałaby się gniewać? Zdążyła już się przyzwyczaić do tego, że mężczyźni od zawsze patrzyli na nią wyłącznie przez pryzmat posiadanej urody: tym im była starsza, tym bardziej to zauważała… Ale i tym częściej to wykorzystywała, a przynajmniej próbowała, bo czasami mimo wszystko czuła się szalenie nieśmiała...
...Czemu kompletnie przeczyła zawartość pergaminu, na który właśnie przelewała podszyte flirtem słówka i słóweczka, zastanawiając się, jak wiele erotyzmu wpleść w list do Otto. Czy porównanie jego fizjognomii do lica Che Guevary uzna za wystarczający komplement – w końcu lubił cygara tylko z Kuby – czy może powinna użyć jakiegoś typa podejrzewanego o wampiryzm, jak np. car Mikołaj? A może Charlie Chaplin by się nadał?? Podobno też lubił młodsze… Nagle zdała sobie sprawę, że jej niemoralne propozycje przez przypadek znalazły się na fragmencie pergaminu, na którym zdążyła już zapisać z tyłu adres cioteczki, po prostu świetnie. Gorzej byłoby tylko, gdyby spryskała list do krewnej perfumami ukradzionymi z jej toaletki…
Westchnęła, poirytowana, i wyciągnęła nowy kawałek papieru, stwierdzając, że równie dobrze może zacząć pisanie od nowa.
– Widzisz, ja wiem niemalże wszystko o przeznaczeniu. Pięć moich książek z wróżbiarstwa w tym roku miało to słowo w tytule! Wniosek był taki, że jeżeli nie urodziłeś się pod właściwą gwiazdą, na podstawie samego profilu astrologicznego można cię od razu skierować na oddział zamknięty świętego Munga. Albo do Azkabanu… – Rozparła się wygodnie na siedzeniu, kiedy ciągnęła nagle podjęty wywód. Rozmowa z Anthonym była miłym przerywnikiem do pisania listu. – Potem, podczas poradnictwa zawodowego usłyszałam z kolei, że każdy z nas sam decyduje o swoim losie, i przeznaczenie jest w moich rękach. Więc… Z jednej strony chcę wierzyć, że sama kształtuję własną przyszłość, a z drugiej – jest tyle rzeczy, na które nie mam wpływu. Chcąc nie chcąc, bywamy po prostu wypadkową działań otaczających nas ludzi. – Wzruszyła ramionami, a kąciki ust drgnęły jej – trochę jak do uśmiechu, trochę jak do płaczu. – Może przez to, że weszłam do tego przedziału, zaburzyłam jakiś odgórnie ustalony bieg wydarzeń i... ten pociąg się wykolei. Kto wie.
Spojrzała badawczo na Anthony’ego, zanim odpowiedziała na jego pytanie o Lorettę. – Nie widzę. – Widzę panikę w twoich oczach, i to mi wystarczy, pomyślała. – Ale to okoliczność sprzyjająca. Przecież przy niej wstydziłbyś się mówić o sprawach uczuciowych, a ja nie byłabym aż tak okrutna, by cię o nie pytać w obecności Lore. Więc? Boisz się, że toaleta w pociągu jest mniej romantyczna od łazienki Marty? – zakpiła. Choć w tej kpinie tkwiło jakieś ziarno prawdy, bo przecież nie mogła porównać zalanej łazienki, gdzie flirtowała z Atreusem, do tego pociągowego, smutnego sracza, w którym jeszcze przed chwilą wypłakiwała oczy.
Skoro tak wspaniałomyślnie zaczął ją swatać ze Stanisławem, czuła się jednak w obowiązku odwzajemnić sentyment. – Może idź ją znaleźć. Zanim wszyscy zginiemy w tej katastrofie kolejowej? – pociągnęła dalej żart.
Może sama powinna posłuchać swojej rady, i zamiast ciotki skreślić te kilka zdań do Atreusa już teraz?
Ale Anthony zdecydował się nagle zostać ekspertem od analizy kolorów, sugerując, że jej szmaragdowozielona letnia sukienka powinna być różowa, a najlepiej, jakby sama Lorraine jeszcze srała tęczą, bo to takie typowo dziewczęce podobno. Uśmiech Malfoy pozostał jednak w dalszym ciągu ucieleśnieniem uprzejmości.
– A tobie mówił ktoś, że jak tak zaczynasz ruszać ustami, to wszyscy nagle mają ochotę przyłożyć ci w twarz? – zauważyła grzecznie.
A powinieneś być przecież taki układny i dobrze wychowany, siedzieć cicho, i słuchać rodziców – jak na takiego arystokratycznego kawalera przystało! – zamiast po nocach oddawać się pijackiej rozpuście, a za dnia nagabywać damy.
Ale nie powiedziała tego na głos.
Może powinna, bo nagle Anthony zaanektował jej przestrzeń osobistą, przypuszczając atak na jeden ze złotych kosmyków okalających jej twarz. Kiedy tak patrzyła z bliska na jego przystojną twarz, zaczynała rozumieć, co musiały czuć te wszystkie dzierlatki, z którymi tak bezwstydnie flirtował; rozumiała ten błysk w oczach Loretty, kiedy ta opowiadała w tajemnicy o skradzionym mu pocałunku; rozumiała, dlaczego tak wiele koleżanek wzdychało nad skrętem jego wilgotnych loczków i rysem klaty prześwitującej spod mokrej koszulki, zamiast pomóc Lorraine wydostać się z jeziora. Może gdyby nie spędziła tego dnia, oscylując między wściekłością a rozpaczą, nawet spodobałaby się jej ta nachalna bliskość… Może.
Może gdyby chłopakiem obok niej nie był Anthony Borgin. Może gdyby ona nie była Lorraine Malfoy.
Niezbadane są jednak wyroki przeznaczenia.
– Po pierwsze – wyszeptała, dopasowując ton głosu tak, by najbardziej przypominał ten, jakiego właśnie użył: cichy, przesycony flirtem, miękki... Jej oczy były jednak zimne i uważne. – Zostaw moje włosy, Borgin. – Odsunęła się nieznacznie od chłopaka, oczywiście tylko na tyle, na ile pozwalała jej pozycja w kącie przedziału. Nie uciekła jednak przed wzrokiem Tony’ego.
– Po drugie, zależy, co masz do zaoferowania. – Szelmowski uśmieszek wykwitł nagle na jej ustach. Jeszcze przed chwilą pytał, jak może się odwdzięczyć za to, że uratowała go od samotności w drodze do domu… Tak po prawdzie, Lorraine nie paliła, i nie lubiła palić – stroniła od wszelkich używek, bo ogarniał ją paniczny strach, że odezwą się w niej geny skłonności do uzależnień, jakie przejawiał jej ojciec – więc normalnie oddałaby mu całą paczkę za standardową cenę, wcale nie zatęskniwszy za smrodem nikotyny. – Wiesz, jaka jest moja ulubiona waluta? Sekrety. – Kto może w końcu wiedzieć, co za skarby kryją się w torbie tego niuchacza?
Chyba, że masz coś cenniejszego, jestem otwarta na negocjacje, chciała przez chwilę dodać, ale zdecydowała się tajemniczo milczeć. Ktoś jej przecież niedawno doradził, że nie należy odsłaniać wszystkich kart.