16.12.2023, 03:29 ✶
Idealny... w czym dokładnie? W nim nic nie było idealne, z nim niczego nie można było być pewnym oprócz tego, że na końcu wszystko spierdoli. Chociaż nie, był naprawdę idealny w rozróżnianiu heroiny od wyjebki, ale w tym dobry był chyba każdy posiadający mózg, bo chcący kogoś oszukać dilerzy próbowali zwykle wcisnąć naiwniakom kakao zawinięte w sreberko od czekolady. I nie, nie powinien teraz o tym myśleć, powinien skupić się na Alexandrze, na tym co do niego mówił, ale... To byłaby tak dobra i szybka ucieczka, gdyby tylko miał jej przy sobie chociaż trochę. Wiedział dobrze, jak bardzo będzie po niej cierpiał i ile kosztuje wyrwanie się z jej objęć, ale tych kilka godzin ciszy, spokoju od emocji rozrywających go od środka - tego szukał.
Ukojenia w tym bólu, który czuł z własnej winy.
- Nawet najlepsi popełniają błędy - powiedział nagle, po długiej ciszy. - Mówiąc „najlepsi”, mam na myśli ciebie ślepo zapatrzonego we mnie jak w obrazek, mnie nikt by najlepszym nie nazwał. - Gadał o sobie cały czas najgorzej jak się tylko dało, ale nie zmieniało to nic w tym, że nie zamierzał go sobie odpuszczać. Chciał być całowany, czczony i kochany i chciał tego wszystkiego od Alexandra tak długo, jak tylko ten chciał mu to dawać. - Jednocześnie bycie twoim błędem to pewnie szczyt szczęścia tego, co mi się przytrafiło w tym posranym życiu, więc jak mógłbym na to narzekać? To nie jest tak, że chciałem powiedzieć coś złego, po prostu... - przeczesał palcami włosy - oh kurwa, no po prostu myślę zawsze, że - że zasługujesz na kogoś, kto stanie na wysokości zadania. I na kogoś, kto nie będzie ściągał na ciebie kłopotów.
Nie dokończył tego, zapowietrzył się. Zacisnął oczy, nie dowierzał w to jak ciężko było czasami wykrzesać z siebie jakąkolwiek iskrę. W gniewie słowa przychodziły jakoś prościej, w gniewie potrafiłby rzucić taką wiązankę, że dożywotnio zakazaliby mu wstępu do niejednego miejsca, ale on był teraz w stanie odwrotnym - z każdą sekundą spadał coraz niżej i niżej.
Alexander był przepiękny. Był dobrym człowiekiem. Był kimś odpowiedzialnym... no dobrze, był dobry i odpowiedzialny na miarę ich zwariowanej rodziny, a to nie budowało aż tak obiektywnego autorytetu, ale na pewno był kimś, w kim wszyscy bez wyjątku mogli znaleźć oparcie. Bellowie mogli na nim polegać i korzystali z tego od lat, wypełnił przestrzeń po Tullym, stał się ich ciepłem i ich gwiazdą. I miał tak wielkie i ciepłe serce, że Flynna to trochę zabijało. Nie dlatego, że go dla siebie nie chciał - ogrzewał się nim od czterech lat, po prostu... Dlaczego jego miłość smakowała jak taka wielka odpowiedzialność? Miał wrażenie, że każdy w jego otoczeniu mówił mu spojrzeniem: skrzywdź go, to cię rozszarpiemy i nie dało się wyczuć w tym ani grama żartu. A on tu sobie leżał i myślało tym, jak się właśnie przyznał do zdradzania go i mimo wszystko Alexander chciał z nim być. Ba, on nie tylko chciał z nim być - on mu kazał nie czuć zobowiązań, najwyraźniej czując się małym, bo nie mógł dać mu świata. Flynn na moment przestał oddychać. Nie dało się po czymś takim oddychać. On wcale nie potrzebował świata, ale tak dobrze było słyszeć o tym jak ktoś chciał ci go dać. Czy było z nim bardzo źle, jeżeli od takich właśnie słów robiło mu się gorąco? Może jednak ten bóg co go wyrzeźbił, trochę się pomylił i powinien uczynić go panienką, to by mu przynajmniej za to urodził dzieci, a tak to mógł tylko gapić się na niego, gładzić go palcami po klatce piersiowej, a później poczuć paskudne, nieprzyjemne uczucie chłodu, kiedy Alexander odtrącił jego rękę.
- Al, niebycie nią to jedna z wielu twoich zalet... - bo ta szmata oszalała od czarnej magii, kto kurwa chciałby być kimś, komu to już kompletnie przeżarło mózg.
A ta reszta? Co miał powiedzieć? Chciał to obrócić w jakiś żart, dowcip zawsze działał - na język cisnęło się proste: czy to nie za szybko albo nie no, nie jestem gejem, ale jak tylko rozchylił wargi, to poczuł niemoc. Jestem twój wcale nie brzmiało odpowiednio kiedy ta książka wciąż leżała na półce, a on miał tatuaż anielskich skrzydeł na połowę pleców. Może trochę przesadził z rozmiarem...? Ale miał gorsze przykłady. Wielkie serce na klatce piersiowej z jej imieniem. Nikt idiocie nie przemówił do rozsądku, nikt nie wypunktował wyraźnie, że tego się nie da zmyć, nawet po stu atakach paniki i kilku wiadrach wylanych łez. Ostatecznie nie wiedział, co powiedzieć i dusiło go to, więc na przekór jego pragnieniom chwycił jego ramię i pociągnął go do siebie w błagalny sposób. Był w stanie nawet lekko go szarpnąć, dając ujście tlącej się w środku desperacji. Bo Flynn nie potrafił dobrze komunikować się werbalnie, za to dobrze reagował na dotyk, na spojrzenie, na bliskość - to był język znany mu najlepiej. I dlatego właśnie tę potrzebę potrafił z siebie wydusić.
- Proszę... - zacisnął palce na jego skórze - możesz dać mi świat w tak prosty sposób...
Ukojenia w tym bólu, który czuł z własnej winy.
- Nawet najlepsi popełniają błędy - powiedział nagle, po długiej ciszy. - Mówiąc „najlepsi”, mam na myśli ciebie ślepo zapatrzonego we mnie jak w obrazek, mnie nikt by najlepszym nie nazwał. - Gadał o sobie cały czas najgorzej jak się tylko dało, ale nie zmieniało to nic w tym, że nie zamierzał go sobie odpuszczać. Chciał być całowany, czczony i kochany i chciał tego wszystkiego od Alexandra tak długo, jak tylko ten chciał mu to dawać. - Jednocześnie bycie twoim błędem to pewnie szczyt szczęścia tego, co mi się przytrafiło w tym posranym życiu, więc jak mógłbym na to narzekać? To nie jest tak, że chciałem powiedzieć coś złego, po prostu... - przeczesał palcami włosy - oh kurwa, no po prostu myślę zawsze, że - że zasługujesz na kogoś, kto stanie na wysokości zadania. I na kogoś, kto nie będzie ściągał na ciebie kłopotów.
Nie dokończył tego, zapowietrzył się. Zacisnął oczy, nie dowierzał w to jak ciężko było czasami wykrzesać z siebie jakąkolwiek iskrę. W gniewie słowa przychodziły jakoś prościej, w gniewie potrafiłby rzucić taką wiązankę, że dożywotnio zakazaliby mu wstępu do niejednego miejsca, ale on był teraz w stanie odwrotnym - z każdą sekundą spadał coraz niżej i niżej.
Alexander był przepiękny. Był dobrym człowiekiem. Był kimś odpowiedzialnym... no dobrze, był dobry i odpowiedzialny na miarę ich zwariowanej rodziny, a to nie budowało aż tak obiektywnego autorytetu, ale na pewno był kimś, w kim wszyscy bez wyjątku mogli znaleźć oparcie. Bellowie mogli na nim polegać i korzystali z tego od lat, wypełnił przestrzeń po Tullym, stał się ich ciepłem i ich gwiazdą. I miał tak wielkie i ciepłe serce, że Flynna to trochę zabijało. Nie dlatego, że go dla siebie nie chciał - ogrzewał się nim od czterech lat, po prostu... Dlaczego jego miłość smakowała jak taka wielka odpowiedzialność? Miał wrażenie, że każdy w jego otoczeniu mówił mu spojrzeniem: skrzywdź go, to cię rozszarpiemy i nie dało się wyczuć w tym ani grama żartu. A on tu sobie leżał i myślało tym, jak się właśnie przyznał do zdradzania go i mimo wszystko Alexander chciał z nim być. Ba, on nie tylko chciał z nim być - on mu kazał nie czuć zobowiązań, najwyraźniej czując się małym, bo nie mógł dać mu świata. Flynn na moment przestał oddychać. Nie dało się po czymś takim oddychać. On wcale nie potrzebował świata, ale tak dobrze było słyszeć o tym jak ktoś chciał ci go dać. Czy było z nim bardzo źle, jeżeli od takich właśnie słów robiło mu się gorąco? Może jednak ten bóg co go wyrzeźbił, trochę się pomylił i powinien uczynić go panienką, to by mu przynajmniej za to urodził dzieci, a tak to mógł tylko gapić się na niego, gładzić go palcami po klatce piersiowej, a później poczuć paskudne, nieprzyjemne uczucie chłodu, kiedy Alexander odtrącił jego rękę.
- Al, niebycie nią to jedna z wielu twoich zalet... - bo ta szmata oszalała od czarnej magii, kto kurwa chciałby być kimś, komu to już kompletnie przeżarło mózg.
A ta reszta? Co miał powiedzieć? Chciał to obrócić w jakiś żart, dowcip zawsze działał - na język cisnęło się proste: czy to nie za szybko albo nie no, nie jestem gejem, ale jak tylko rozchylił wargi, to poczuł niemoc. Jestem twój wcale nie brzmiało odpowiednio kiedy ta książka wciąż leżała na półce, a on miał tatuaż anielskich skrzydeł na połowę pleców. Może trochę przesadził z rozmiarem...? Ale miał gorsze przykłady. Wielkie serce na klatce piersiowej z jej imieniem. Nikt idiocie nie przemówił do rozsądku, nikt nie wypunktował wyraźnie, że tego się nie da zmyć, nawet po stu atakach paniki i kilku wiadrach wylanych łez. Ostatecznie nie wiedział, co powiedzieć i dusiło go to, więc na przekór jego pragnieniom chwycił jego ramię i pociągnął go do siebie w błagalny sposób. Był w stanie nawet lekko go szarpnąć, dając ujście tlącej się w środku desperacji. Bo Flynn nie potrafił dobrze komunikować się werbalnie, za to dobrze reagował na dotyk, na spojrzenie, na bliskość - to był język znany mu najlepiej. I dlatego właśnie tę potrzebę potrafił z siebie wydusić.
- Proszę... - zacisnął palce na jego skórze - możesz dać mi świat w tak prosty sposób...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.