16.12.2023, 14:23 ✶
Chłodne spojrzenie Florence, jakby dla odmiany, z łatwością wychwytywało wszystkie uchybienia – w szpitalnym magazynku, w domowej szafce, w dokumentach i w cudzych zachowaniach. Miała skłonności do wymagania wiele od innych i jeszcze więcej od siebie. Jednocześnie jednak była w niej ta odrobina hipokryzji, która sprawiała, że choć widziała i wady w swoich krewnych i bliźnich znajomych, to tutaj umiała przymknąć na nie oko, póki nie uznawała, że jest tak źle, że interwencji nie da się uniknąć.
– Myślę, że w taki dzień byś się w nim zgrzała – przyznała Florence, bo pogada nie sprzyjała skórzanym płaszczom.
Gdy zajęły już miejsca, a Geraldine przyznała, że polowała na widma, Bulstrode westchnęła tylko. Czy powinna być tym zaskoczona? Chyba nie. I ani trochę nie była.
– Moi bracia, zdaje się, również interesują się tą sprawą, podobnie jak ojciec. Jestem pewna, że to Atreus wciągnął w to Oriona – Ci pierwsi jako aurorzy, ten drugi jako pracownik Departamentu Tajemnic. Florence od dawna musiała żyć z tym, że wszyscy jej bliscy robili niebezpieczne rzeczy. Bracia aurorzy, ojciec i wuj Niewymowni, Vincent, który kochał kłopoty… Nawet Laurent, który, mogłoby się wydawać, obrał przecież zupełnie inną drogę, i nigdy nie zdawał się wojownikiem, coraz częściej kończył w niebezpiecznych sytuacjach.
Gdy spoglądała w ich przyszłość, widziała tylko nowe i nowe zagrożenia.
– Bądź z tym ostrożna. On… Voldemort… przeszedł samego siebie.
Wymawianie imienia Voldemorta sprawiało jej odrobinę trudności, choć przecież wcale nie była tchórzem. Robiła to jednak uparcie od dnia, w którym zaoferowała pomóc Patrickowi Stewardowi. I choć nie sądziła, by te istoty zostały przez czarnoksiężnika stworzone, to przecież nie bez powodu opanowały las właśnie po Beltane: po katastrofie, którą zapoczątkowali śmierciożercy.
– Moi rodzice mają domek poza miastem. Lubię tam bywać, ale przywykłam do miasta i tego, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Chyba nie mam duszy kogoś, kto mógłby odnaleźć spokój na wsi – stwierdziła Florence z zamyśleniem. Kto wie, może gdyby miała rodzinę? Ale nie miała i w domu gdzieś wśród zielonych wzgórz czułaby się z pewnością samotna. – Chociaż moi bracia być może ucieszyliby się, gdybym zostawiła ich wreszcie w spokoju. Z drugiej strony, musieliby wtedy nieco częściej odwiedzać szpital – powiedziała i uśmiechnęła się mimowolnie. Kiedy jesteś aurorem, całkiem dobrze mieć prywatnego uzdrowiciela na usługach. – Możemy zajrzeć do sklepu papierniczego Bagshotów. Podobno jest jeszcze lepiej zaopatrzony niż ten na Pokątnej. Jakoś nigdy nie miałam okazji tego sprawdzić.
– Myślę, że w taki dzień byś się w nim zgrzała – przyznała Florence, bo pogada nie sprzyjała skórzanym płaszczom.
Gdy zajęły już miejsca, a Geraldine przyznała, że polowała na widma, Bulstrode westchnęła tylko. Czy powinna być tym zaskoczona? Chyba nie. I ani trochę nie była.
– Moi bracia, zdaje się, również interesują się tą sprawą, podobnie jak ojciec. Jestem pewna, że to Atreus wciągnął w to Oriona – Ci pierwsi jako aurorzy, ten drugi jako pracownik Departamentu Tajemnic. Florence od dawna musiała żyć z tym, że wszyscy jej bliscy robili niebezpieczne rzeczy. Bracia aurorzy, ojciec i wuj Niewymowni, Vincent, który kochał kłopoty… Nawet Laurent, który, mogłoby się wydawać, obrał przecież zupełnie inną drogę, i nigdy nie zdawał się wojownikiem, coraz częściej kończył w niebezpiecznych sytuacjach.
Gdy spoglądała w ich przyszłość, widziała tylko nowe i nowe zagrożenia.
– Bądź z tym ostrożna. On… Voldemort… przeszedł samego siebie.
Wymawianie imienia Voldemorta sprawiało jej odrobinę trudności, choć przecież wcale nie była tchórzem. Robiła to jednak uparcie od dnia, w którym zaoferowała pomóc Patrickowi Stewardowi. I choć nie sądziła, by te istoty zostały przez czarnoksiężnika stworzone, to przecież nie bez powodu opanowały las właśnie po Beltane: po katastrofie, którą zapoczątkowali śmierciożercy.
– Moi rodzice mają domek poza miastem. Lubię tam bywać, ale przywykłam do miasta i tego, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Chyba nie mam duszy kogoś, kto mógłby odnaleźć spokój na wsi – stwierdziła Florence z zamyśleniem. Kto wie, może gdyby miała rodzinę? Ale nie miała i w domu gdzieś wśród zielonych wzgórz czułaby się z pewnością samotna. – Chociaż moi bracia być może ucieszyliby się, gdybym zostawiła ich wreszcie w spokoju. Z drugiej strony, musieliby wtedy nieco częściej odwiedzać szpital – powiedziała i uśmiechnęła się mimowolnie. Kiedy jesteś aurorem, całkiem dobrze mieć prywatnego uzdrowiciela na usługach. – Możemy zajrzeć do sklepu papierniczego Bagshotów. Podobno jest jeszcze lepiej zaopatrzony niż ten na Pokątnej. Jakoś nigdy nie miałam okazji tego sprawdzić.