Tak, było to smutne: że wykonując swoją pracę, broniąc ludzi przed czarnoksiężnikami na Beltane, doznało się krzywdy, której własne Ministerstwo niejako zabraniało leczyć. Niejako – bo ci, którzy mogą cokolwiek wiedzieć, byli wyjęci spod prawa; nekromancja wszak była prawnie zakazana w Anglii. I był to problem dla takich jak oni, którzy swoje zdrowie położyli na szali i państwo w żadnym stopniu nie było w stanie się przyczynić, by im pomóc. Ot, zrobili swoje, bohaterowie, a teraz zamiatamy pod dywan i do widzenia. Radźcie sobie sami, chociaż nikt w tym kraju nic nie wie. A przynajmniej nie oficjalnie. Człowiek zaczynał wątpić, prawda?
Regały były zapełnione książkami zupełnie nieprzypadkowo – bo trochę jak w bibliotece, alfabetycznie, o ile Mavelle w ogóle poświęciła tyle czasu, by się w tym połapać.. Osoba, która układała te tomiszcza ewidentnie zadała sobie trud, by było to zrobione kolorystycznie i żeby wielkość poszczególnych egzemplarzy nadmiernie się nie wyróżniała. Regały były też dopasowane tematycznie. Trochę o historii, zaklęciach, magicznych stworzeniach… za to sporo o ziołach i kwiatach, czy ogólnie o roślinach. Było też trochę o alchemii, ale znalazło się też trochę tytułów zupełnie nienaukowych, bo jakieś powieści czy wiersze bardziej i mniej znanych autorów. Być może było w tym trochę pokazówki, a może zupełnie nie – pewnie trudno było to określić na pierwszy rzut oka, biorąc pod uwagę wielkość domu, jakość mebli i ogólną wiedzę ile pieniędzy posiadali Lestrange’owie.
– No tak. Nie spodziewałam się niczego innego – Brenna miała chyba taki talent po prostu – przyciągała do siebie kłopoty jak magnes przyciąga opiłki żelaza. Zakładała, że to Brenna, bo w końcu znały się już ponad dwadzieścia lat i zawsze tak było, a Mavelle zawsze miała za kogoś dużo bardziej rozważnego i spokojnego. Chociaż może to tylko wrażenie. To wykupienie zapasów z kilku cukierni też ją nie zdziwiło – i uśmiechnęła się na to w odpowiedzi. Jak na zawołanie, gdy Bones wskazała na pudełko, na które Victoria dopiero teraz zwróciła uwagę, pojawiła się skrzatka, która zaraz odłożyła na stolik srebrną, zdobioną tacę, z dzbankiem, z którego przyjemnie pachniało kawą, dzbanuszek z mlekiem, cukiernicę, miseczkę z jakimiś płaskimi ciasteczkami i dwie filiżanki. Zaraz zresztą nalała kawę do jednej i drugiej, i zniknęła bez słowa. Zaś Victoria pozwoliła sobie otworzyć przyniesione przez Mavelle pudełko i uśmiechnęła się pod nosem. – Widzę, że nie próżnowałyście. Na pewno posmakuje – skomentowała, widząc jakie to słodkości Mavelle przyniosła na tę wizytę i sięgnęła po jednego makaronika. Nie było tego po Victorii widać, ale lubiła słodkości.
– Tak, wiem. Dwa, może trzy dni urlopu i do pracy – zwłaszcza teraz, przy obecnej sytuacji. Wszelkie wyszukiwania informacji i rozwiązań na ich obecny stan, to było tak naprawdę wykorzystywanie czasu wolnego po godzinach. Mało w tym było miejsca też na życie. – To by się pokrywało z tym, co ja się dowiedziałam, tak – potwierdziła, bo babcia Victorii, czy raczej jej dusza z Limbo, powiedziała coś podobnego – że da się to odwrócić. Jednak to było tylko jej słowo, a teraz wyglądało na to, że mieli potwierdzenie z jakiegoś kompletnie niezależnego źródła. To… dobrze. Chyba. – Coś więcej wiadomo? Czy musimy nadal szukać? – naprawdę powinna z tym wszystkim pójść do Cynthii… Tylko ciągle nie było okazji.