16.12.2023, 23:16 ✶
Ostatnio ani nie czułem się za dobrze, ani za dobrze nie spałem, wciąż spięty, wciąż zestresowany. Nie przepadałem za pełniami księżyca, nie przepadałem również za przeprowadzkami, a kiedy musieliśmy podnieść na nogi cały cyrk, zebrać go we względny, mobilny tabun i przetransportować wraz z inwentarzem całym, z całą naszą rodziną co do każdej jednostki, to można było stracić nerwy ostatnie, zmysły i wszystko. Nie liczyłem wypadniętych włosów, ale trochę ich było. I najlepiej byłoby być przygotowanym na każdą ewentualność, aczkolwiek byłem w takim stanie, że zaglądanie w karty nie powiedziałoby mi nic konkretnego; może jedynie podsunęło jeszcze mroczniejszy, zakrzywiony obraz, czego wolałem na siebie nie zwalać. Nie teraz, kiedy...
Ale nieistotne, bo ruszyliśmy w podróż i wszystko miało się ku dobremu. Starałem się podtrzymywać dobrą, optymistyczną atmosferę w naszej grupie i klepałem Milo po ramieniu, by tak czarnowidztwa nie uprawiał, bo nic nie jebnie, tylko po prostu robimy co trzeba, jedziemy, rozkładamy się i znowu żyjemy sobie jak gdyby nigdy nic. A warto zauważyć, że jak na standardy brytyjskie, to nawet pogoda jakaś szczególnie zła nie była! I musiałem też pochwalić chłopaków, bo Jim z Milo dawali sobie świetnie radę z kierowaniem i nawigowaniem. Skupieni byli nawet bardziej niż ja, więc obserwowałem migające obrazy za oknem, powoli przymykając oczy. Może nawet w którymś momencie przysnąłem, ale raczej nie na długo, bo świat wyrwał mnie z objęć Morfeusza szybciej niż mógłbym się spodziewać.
Próbowałem magią zniwelować uderzenie, ale nie byłem wystarczająco szybki. Polecieliśmy wszyscy do przodu i poobijaliśmy sobie twarze, przedramiona. Niestety, nie miałem jednak czasu i głowy na oglądanie swoich uszczerbków na zdrowiu, bo musiałem ogarnąć sytuację, co się w ogóle stało i... Jim! No Jim to w tym przypadku był najważniejszy, bo na momencie zrobiło się gorąco, a nie chciałem by nam cały namiot poszedł z dymem, a przy okazji też największy z wozów. Zaraz zwołałem najbliższe osoby, a sam wysypałem na niego podręczny piasek przygotowany właśnie na takie sytuacje.
- Jimmi... Kochany, na spokojnie, z Bogiem - mówiłem do niego by się skupił na czymś innym, na spokojnym, a nie gwałtowności sytuacji, w której się znaleźliśmy. A sytuacja była taka, że zaliczyliśmy wypadek drogowy z... Błędnym Rycerzem. Kiedy tylko to zauważyłem, nie byłem w stanie powstrzymać wywrócenia oczu. To nie będzie łatwe w negocjacji.
- Milo! Trzeba podnieść autobus nim ktokolwiek wezwie BUM - stwierdziłem, chcąc nieco namieszać. - Zgarnij każdego, kto jest odpowiedzialny za rozkładanie namiotów. Albo Flynna - powiedziałem do niego rzeczowo, żeby było szybko i sprawnie, bez zbędnych komplikacji. Zapewne zaraz nam tu Owen Vesper wyskoczy z pretensjami, ale mógł się nie wpieprzać na czołowe. Wcisnąłem jeszcze krzyż w ręce Jima, żeby mógł się skupić na czymś innym, nie zaś na ponownym samozapłonie, po czym sam zacząłem podnosić autobus. Nie sądziłem, żebym miał wystarczająco energii na takie porywy, ale kto wie?
Rzucam na translokację, chcąc podnieść autobus do pionu
Ale nieistotne, bo ruszyliśmy w podróż i wszystko miało się ku dobremu. Starałem się podtrzymywać dobrą, optymistyczną atmosferę w naszej grupie i klepałem Milo po ramieniu, by tak czarnowidztwa nie uprawiał, bo nic nie jebnie, tylko po prostu robimy co trzeba, jedziemy, rozkładamy się i znowu żyjemy sobie jak gdyby nigdy nic. A warto zauważyć, że jak na standardy brytyjskie, to nawet pogoda jakaś szczególnie zła nie była! I musiałem też pochwalić chłopaków, bo Jim z Milo dawali sobie świetnie radę z kierowaniem i nawigowaniem. Skupieni byli nawet bardziej niż ja, więc obserwowałem migające obrazy za oknem, powoli przymykając oczy. Może nawet w którymś momencie przysnąłem, ale raczej nie na długo, bo świat wyrwał mnie z objęć Morfeusza szybciej niż mógłbym się spodziewać.
Próbowałem magią zniwelować uderzenie, ale nie byłem wystarczająco szybki. Polecieliśmy wszyscy do przodu i poobijaliśmy sobie twarze, przedramiona. Niestety, nie miałem jednak czasu i głowy na oglądanie swoich uszczerbków na zdrowiu, bo musiałem ogarnąć sytuację, co się w ogóle stało i... Jim! No Jim to w tym przypadku był najważniejszy, bo na momencie zrobiło się gorąco, a nie chciałem by nam cały namiot poszedł z dymem, a przy okazji też największy z wozów. Zaraz zwołałem najbliższe osoby, a sam wysypałem na niego podręczny piasek przygotowany właśnie na takie sytuacje.
- Jimmi... Kochany, na spokojnie, z Bogiem - mówiłem do niego by się skupił na czymś innym, na spokojnym, a nie gwałtowności sytuacji, w której się znaleźliśmy. A sytuacja była taka, że zaliczyliśmy wypadek drogowy z... Błędnym Rycerzem. Kiedy tylko to zauważyłem, nie byłem w stanie powstrzymać wywrócenia oczu. To nie będzie łatwe w negocjacji.
- Milo! Trzeba podnieść autobus nim ktokolwiek wezwie BUM - stwierdziłem, chcąc nieco namieszać. - Zgarnij każdego, kto jest odpowiedzialny za rozkładanie namiotów. Albo Flynna - powiedziałem do niego rzeczowo, żeby było szybko i sprawnie, bez zbędnych komplikacji. Zapewne zaraz nam tu Owen Vesper wyskoczy z pretensjami, ale mógł się nie wpieprzać na czołowe. Wcisnąłem jeszcze krzyż w ręce Jima, żeby mógł się skupić na czymś innym, nie zaś na ponownym samozapłonie, po czym sam zacząłem podnosić autobus. Nie sądziłem, żebym miał wystarczająco energii na takie porywy, ale kto wie?
Rzucam na translokację, chcąc podnieść autobus do pionu
Rzut O 1d100 - 78
Sukces!
Sukces!
Rzut O 1d100 - 33
Akcja nieudana
Akcja nieudana