Mężczyzna, jaki czekał na zewnątrz, nie był kimś, kto wyróżniałby się z tłumu. Średniego wzrostu, o ciemnych włosach zaczesanych i pociągniętych ulizanną. Był dobrze ubrany, nie w te śmieszne szaty wyjściowe czarodziejów z koronkami, które mogłyby tylko wzbudzić uśmiechy politowania wśród kolegów i pogardy wśród koleżanek. Ciemna koszula, ciemne spodnie w kancik, ciemny krawat… To był dość ciepły poranek, nawet pomimo chłodniejszej bryzy, która ciągnęła znad morza – trzymał więc marynarkę w rękach.
Rozglądał się akurat, chociaż nie ruszał się z miejsca. Jego szare oczy podążały za ruchem głowy, gdy czekał na ciemnoskórego Aleksandra i jego pracodawcę – główną gwiazdę tego poranka, Laurenta.
– Dzień dobry – głos miał trochę zachrypły, przywodziło to na myśl, jakby wczorajszego wieczoru sporo wypił i to niekoniecznie wody, a czegoś mocniejszego; to był nieco przepity głos. Może nawet przepalony? Dało się czuć od niego delikatny zapach tytoniu, choć próbował być zamaskowany jakąś mocną wodą kolońską obficie wylaną na szyję. – Kieran Avery – przedstawił się, jak grzeczność nakazywała i wyciągnął dłoń, by uściskać tę Laurenta. Uścisk miał mocny, pewny, dłonie nie tak delikatne i wypielęgnowane jak te od Prewetta. – Bardzo się cieszę, że znalazł pan dla mnie czas. Piękne miejsce. Póki się tu sam nie zjawiłem, to nie sądziłem, że zrobi na mnie takie wrażenie – pochwalił i powiedział z uznaniem, a nawet pokiwał głową. Zerkną znowu w stronę stajni, skąd dochodziły jakieś odgłosy, zapewne końskiego (czy raczej abraksańskiego) rżenia. – To tu? – zapytał z ciekawością.