17.12.2023, 04:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2025, 00:38 przez Lorraine Malfoy.)
Szept Desmonda, powoli odcyfrującego treść horoskopu, był dziwnie uspokajający.
Zmarszczyła brwi, wyłapując wciśniętą w kąt garderoby pokaźną stertę czasopism podobnych na pierwszy rzut oka do tego, które rozpaczliwie ściskał teraz w rękach Desmond; doceniała, że w trosce o jej cześć jako damy – albo przez wzgląd na własne, wysoko rozwinięte przez studia nad sztuką poczucie estetyki – zagiął okładkę w taki sposób, by nie epatować jej prosto w twarz naturalistycznym zdjęciem miłosnego aktu. Niestety, zaabsorbowany lekturą, wydawał się nie dostrzegać otaczających ich stosów niegustownych ubrań rodem z burleski i podejrzanie liczną kolekcję damskiej bielizny w wyjątkowo dużych rozmiarach… Lorraine szybko strząsnęła z różdżki różowe figi, które podniosła przed chwilą z podłogi, trzymając je na bezpieczną odległość od siebie, ale kiedy poczuła na sobie zrozpaczone spojrzenie Desmonda, udawała, że wcale nie ruszyła się z miejsca, ukradkiem wycierając czubek różdżki o wiszący obok nich satynowy szlafrok. Dopiero po chwili zauważyła, że to, co wzięła za wzorek w znicze, tak naprawdę było…
Kaszel szybko przeszedł w charczenie, a potem rozpaczliwe rzężenie – te stawało się coraz cichsze, póki całkiem nie umilkło – przejmujący marazm całkowicie ogarnął mieszkanie, kiedy Desmond zakończył swój oratorski popis. "Czy muszę czytać ten drugi", zapytał, gdy głuchy odgłos upadku przerwał trwającą między nimi ciszę.
– Musisz – stwierdziła beznamiętnie Lorraine, choć normalnie to pytanie i ten ton Desmonda wywołałyby na jej twarzy pokrętny uśmieszek. Teraz zacisnęła tylko mocniej rękę na różdżce. – Jeżeli zawołam cię, zanim zdążysz skończyć czytać o swoich przyszłych seksualnych podbojach, możesz wyjść z szafy. W innym wypadku… Po prostu uciekaj.
Wymknęła się z garderoby, zanim Desmond zdążył zareagować na jej słowa.
Nie oczekiwała od niego troski, bynajmniej; spodziewała się raczej, że jej ulubiony kuzyn rzuci jakimś niewybrednym, mizoginistycznym komentarzem obrażającym jej modus operandi, coby odzyskać rezon po tym jak spacyfikowały go seks-wróżby z fetyszystycznej gazetki dla miłośników przebieranek… A może by się obraził, że poddaje w wątpliwość jego Malfoyowską dumę, może wyrzuciłby z siebie jakąś wyszukaną inwektywę, pasującą splotem zgłosek do kroju do jego eleganckiego płaszcza, zaś ostrością – do kąta zadarcia jaśniepańskiego noska? Gdyby wiedział, że po prostu wyjdzie z garderoby niemal bez słowa, rzucając się prosto w objęcia niebezpieczeństwa, po prostu podsumowałby ją: ale jesteś głupia.
Lorraine nawet nie mrugnęłaby okiem.
Raz, była przyzwyczajona do wyblakłego poczucia humoru Desmonda. Większość mężczyzn w jej życiu była potwornymi seksistami, a ona akceptowała ich idiosynkrazje z uśmiechem, po prostu robiąc swoje Dwa, zgodziłaby się, że całe to przedsięwzięcie był głupie, bo sama wiedziała przecież, że wszystko diabli wzięli od momentu, w którym zobaczyła liczbę 666 na szufelce. Trzy, była zbyt skupiona nieśmianiem się z kolekcji wynaturzonych seks-zabawek dumnie zajmujących pawlacz za ich plecami, by teraz rozmyślać nad jakimś elokwentnym planem działania. Wszystkie opcje zawiodły, a lepsza okazja mogła się już nie nadarzyć, więc należało załatwić to, co się da, i spadać.
Ciało przebranego w kobiece szaty bukmachera powitało ją w przejściu między sypialnią a salonem.
Sprawdziła różdżką funkcje życiowe mężczyzny, przykładając jej końcówkę do żyły szyjnej, napęczniałej od zastojałej krwi.
Nie żył.
– Desmond. W porządku – zawołała półgłosem, odwracając się w stronę garderoby, kiedy tylko różdżka uświadomiła ją, że poza nimi, nikogo innego nie ma w mieszkaniu zmarłego bukmachera. – Ale bądź gotowy na głębokie emocje – dodała już ciszej, nagle, nie wiedzieć czemu, szalenie rozbawiona obrotem całej ich misji, ostatkiem sił tłumiąc cisnący się na usta złowieszczy chichot.
Subtelne napięcia wywołane skórzanym materiałem paska o masywnej sprzączce wynikłe z tak dynamicznego podejścia do idei samogwałtu okazały się, yyy… Niesubtelne? Nieważne. liczyło się to, że bukmachera oprócz kobiecych fatałaszków podniecało także podduszanie, a niefortunnie zaklinowana klamka uniemożliwiła mu ucieczkę od orgazmicznego doznania, jakim musiała być ta fetyszystyczna śmierć. Lorraine miała ochotę rzygnąć na widok na wpół rozebranego ciała, ale przypomniała sobie, że widziała już gorsze rzeczy, i w sumie to nie jadła śniadania, więc nawet nie miałaby czym zwymiotować.
Usilnie próbowała sobie też przypomnieć, spod jakiego znaku był martwy bukmacher. Czy gdyby teraz przekartkowali Playmaga w poszukiwaniu wskazówek, znaleźliby w jego horoskopie coś o „ważnym wydarzeniu zapierającym dech w piersi”?
Nie poszło to do końca według planu… Ale przynajmniej teraz nikt nie będzie im przeszkadzał.
– Jesteś tak dobry w magii transmutacyjnej, jak w translokacji? – rzuciła w stronę nadchodzącego kuzyna.
Zmarszczyła brwi, wyłapując wciśniętą w kąt garderoby pokaźną stertę czasopism podobnych na pierwszy rzut oka do tego, które rozpaczliwie ściskał teraz w rękach Desmond; doceniała, że w trosce o jej cześć jako damy – albo przez wzgląd na własne, wysoko rozwinięte przez studia nad sztuką poczucie estetyki – zagiął okładkę w taki sposób, by nie epatować jej prosto w twarz naturalistycznym zdjęciem miłosnego aktu. Niestety, zaabsorbowany lekturą, wydawał się nie dostrzegać otaczających ich stosów niegustownych ubrań rodem z burleski i podejrzanie liczną kolekcję damskiej bielizny w wyjątkowo dużych rozmiarach… Lorraine szybko strząsnęła z różdżki różowe figi, które podniosła przed chwilą z podłogi, trzymając je na bezpieczną odległość od siebie, ale kiedy poczuła na sobie zrozpaczone spojrzenie Desmonda, udawała, że wcale nie ruszyła się z miejsca, ukradkiem wycierając czubek różdżki o wiszący obok nich satynowy szlafrok. Dopiero po chwili zauważyła, że to, co wzięła za wzorek w znicze, tak naprawdę było…
Kaszel szybko przeszedł w charczenie, a potem rozpaczliwe rzężenie – te stawało się coraz cichsze, póki całkiem nie umilkło – przejmujący marazm całkowicie ogarnął mieszkanie, kiedy Desmond zakończył swój oratorski popis. "Czy muszę czytać ten drugi", zapytał, gdy głuchy odgłos upadku przerwał trwającą między nimi ciszę.
– Musisz – stwierdziła beznamiętnie Lorraine, choć normalnie to pytanie i ten ton Desmonda wywołałyby na jej twarzy pokrętny uśmieszek. Teraz zacisnęła tylko mocniej rękę na różdżce. – Jeżeli zawołam cię, zanim zdążysz skończyć czytać o swoich przyszłych seksualnych podbojach, możesz wyjść z szafy. W innym wypadku… Po prostu uciekaj.
Wymknęła się z garderoby, zanim Desmond zdążył zareagować na jej słowa.
Wyjście z szafy albo mieszkanie bukmachera w niemagicznym Londynie (tym razem na pewno)
Nie oczekiwała od niego troski, bynajmniej; spodziewała się raczej, że jej ulubiony kuzyn rzuci jakimś niewybrednym, mizoginistycznym komentarzem obrażającym jej modus operandi, coby odzyskać rezon po tym jak spacyfikowały go seks-wróżby z fetyszystycznej gazetki dla miłośników przebieranek… A może by się obraził, że poddaje w wątpliwość jego Malfoyowską dumę, może wyrzuciłby z siebie jakąś wyszukaną inwektywę, pasującą splotem zgłosek do kroju do jego eleganckiego płaszcza, zaś ostrością – do kąta zadarcia jaśniepańskiego noska? Gdyby wiedział, że po prostu wyjdzie z garderoby niemal bez słowa, rzucając się prosto w objęcia niebezpieczeństwa, po prostu podsumowałby ją: ale jesteś głupia.
Lorraine nawet nie mrugnęłaby okiem.
Raz, była przyzwyczajona do wyblakłego poczucia humoru Desmonda. Większość mężczyzn w jej życiu była potwornymi seksistami, a ona akceptowała ich idiosynkrazje z uśmiechem, po prostu robiąc swoje Dwa, zgodziłaby się, że całe to przedsięwzięcie był głupie, bo sama wiedziała przecież, że wszystko diabli wzięli od momentu, w którym zobaczyła liczbę 666 na szufelce. Trzy, była zbyt skupiona nieśmianiem się z kolekcji wynaturzonych seks-zabawek dumnie zajmujących pawlacz za ich plecami, by teraz rozmyślać nad jakimś elokwentnym planem działania. Wszystkie opcje zawiodły, a lepsza okazja mogła się już nie nadarzyć, więc należało załatwić to, co się da, i spadać.
Ciało przebranego w kobiece szaty bukmachera powitało ją w przejściu między sypialnią a salonem.
Sprawdziła różdżką funkcje życiowe mężczyzny, przykładając jej końcówkę do żyły szyjnej, napęczniałej od zastojałej krwi.
Nie żył.
– Desmond. W porządku – zawołała półgłosem, odwracając się w stronę garderoby, kiedy tylko różdżka uświadomiła ją, że poza nimi, nikogo innego nie ma w mieszkaniu zmarłego bukmachera. – Ale bądź gotowy na głębokie emocje – dodała już ciszej, nagle, nie wiedzieć czemu, szalenie rozbawiona obrotem całej ich misji, ostatkiem sił tłumiąc cisnący się na usta złowieszczy chichot.
Subtelne napięcia wywołane skórzanym materiałem paska o masywnej sprzączce wynikłe z tak dynamicznego podejścia do idei samogwałtu okazały się, yyy… Niesubtelne? Nieważne. liczyło się to, że bukmachera oprócz kobiecych fatałaszków podniecało także podduszanie, a niefortunnie zaklinowana klamka uniemożliwiła mu ucieczkę od orgazmicznego doznania, jakim musiała być ta fetyszystyczna śmierć. Lorraine miała ochotę rzygnąć na widok na wpół rozebranego ciała, ale przypomniała sobie, że widziała już gorsze rzeczy, i w sumie to nie jadła śniadania, więc nawet nie miałaby czym zwymiotować.
Usilnie próbowała sobie też przypomnieć, spod jakiego znaku był martwy bukmacher. Czy gdyby teraz przekartkowali Playmaga w poszukiwaniu wskazówek, znaleźliby w jego horoskopie coś o „ważnym wydarzeniu zapierającym dech w piersi”?
Nie poszło to do końca według planu… Ale przynajmniej teraz nikt nie będzie im przeszkadzał.
– Jesteś tak dobry w magii transmutacyjnej, jak w translokacji? – rzuciła w stronę nadchodzącego kuzyna.
opis martwego ciała